Richard Kearney: We wnioskach do A Secular Age (Wiek świecki) mówi Pan o dwóch alternatywnych scenariuszach. Pierwszy oznacza dalszą hegemonię narracji ekskluzywistycznego świeckiego humanizmu, a drugi to nowy, otwarty na transcendencję humanizm chrześcijański – próba „ponownego uwierzenia”. Ten pierwszy ogranicza nas do immanencji współczesnego ładu moralnego, zapoczątkowanego przez reformację oraz pokrewne jej przewroty społeczne i naukowe. Zasadniczo jest mu Pan przychylny i uważa go za niezbędny, ale pragnie Pan uwzględnić także drugą alternatywę, humanizm bardziej chrześcijański, koncentrujący się na poszukiwaniu duchowej i religijnej „pełni”. Można by natomiast zapytać: dlaczego humanizm ateistyczny nie wystarcza? Dlaczego uważa Pan humanizm chrześcijański czy transcendentny, zwłaszcza rozumiany jako „ponowne uwierzenie”, za tak istotny?
Charles Taylor: Cóż, żałuję, że nie znałem Pańskiego określenia „anateizm” (anatheism) gdy pisałem tę książkę. Świetnie pasowałoby ono do mojej idei (jak Pan wie, zaczerpniętej pierwotnie od W.H. Audena) „ponownego uwierzenia” po rezygnacji z naszych dogmatycznych pewników, a jak Pan wskazuje w swojej pracy, dogmatyzm przyjmuje różne oblicza – ateistyczne i teistyczne. Spróbujmy jednak odpowiedzieć na zasadnicze pytanie o humanizm.
Przede wszystkim należy odróżnić dwa rodzaje świeckiego humanizmu. Ten, który wyklucza wszelkie „poza” i jest rodzajem materializmu redukcjonistycznego, nieuznającego żadnego źródła wartości poza strukturą immanencji. I ten, który uznaje coś jeszcze, pewne pragnienie czegoś więcej, jakiegoś „sensu sensów”, jak to ujął współczesny myśliciel francuski Luc Ferry. Owo „więcej” w ujęciu tego humanizmu – mimo całej jego niechęci wobec „spłaszczania” i zaniedbywania bogatej tradycji mądrości – pozostaje czymś z tego świata. Myślę, że istnieje wiele barier oddzielających obie formy świeckiego humanizmu – otwartego i zamkniętego – od humanizmu transcendentnego czy chrześcijańskiego. W pierwszej kolejności podstawowa idea śmierci (najbardziej jaskrawa różnica). Dochodzi do tego jeszcze idea głębokiego przeobrażenia ludzkiego życia – coś, co odnajdujemy w chrześcijańskim rozumieniu agape czy w buddyjskiej koncepcji nirwany i anatmana (nie-„ja”). W tym przypadku pojęcie śmierci przekracza zwykłe świeckie rozumienie. Rozbija immanencję i wybiega poza nią.
Tego rodzaju przeobrażenie życia wydaje się bliskie temu, co opisuje Pan w ostatnim rozdziale A Secular Age, zatytułowanym Conversions (Konwersje). Powołuje się Pan na przykłady itinerariów[1] narracyjnych takich poetów jak Charles Péguy czy Gerard Manley Hopkins. Ktoś mógłby jednak zapytać – podobnie jak zapytano mnie w nawiązaniu do moich rozważań o humanizmie pod koniec książki Anatheism – dlaczego przeobrażenie życia miałoby wymagać wiary. Cóż złego jest w głębokim humanizmie ateistów typu Albert Camus czy dzielnych pionierów organizacji Lekarze bez Granic? Simone Weil stawia podobne pytanie w Letter to a Priest (List do kapłana), gdy pisze: „Wszyscy, którzy mają w sobie niczym niezmąconą miłość bliźniego i zgodę na porządek świata, w tym także na cierpienie, (…) nawet jeśli będą żyć i umrą (…) jako ateiści, z pewnością będą zbawieni”. Następnie Weil przywołuje ustęp Ewangelii Mateusza (Mt 25), w którym Chrystus nie przychodzi zbawić tych wszystkich, co mówią Mu „Panie, Panie!” (tj. pozorują wiarę i praktyki religijne), lecz raczej tych, którzy obdarowują głodnego chlebem i wodą, „zupełnie przy tym o Nim [Bogu] nie myśląc”[2]. Oni nawet nie są świadomi, że obdarowują Chrystusa. Choć czynią dobro, pozostają a-teistami lub przynajmniej agnostykami w tym sensie, że nie wierzą w żadnego Boga ani nie wyznają żadnej religii. Weil posuwa się do śmiałego spostrzeżenia, że ktokolwiek zdolny jest do aktu czystego miłosierdzia względem potrzebującego, ten ma w sobie, może ukrytą, ale zawsze prawdziwą, wiarę i boską miłość. Tak więc, w jej ujęciu, ateista czy…