Dwóch porządków, w których żyli na co dzień chrześcijanie, a które za świętym Augustynem można by nazwać Miastem Bożym i miastem ziemskim, nigdy nie udawało się pogodzić[1]. Zawsze występowały między nimi napięcia. Znajdowały one odzwierciedlenie w odmiennych regułach postępowania, które mogą się nam dzisiaj wydać przejawem hipokryzji lub braku konsekwencji. Wojna bywała na przykład dopuszczalna w pewnych okolicznościach, ale duchownym nie wolno było uczestniczyć w walkach. Kościół nie mógł używać siły do zwalczania herezji, zadanie to powierzano zatem „świeckiemu ramieniu” władzy. Nie sposób zaprzeczyć, że wszystkie te zabiegi służyły często jedynie zachowaniu pozorów niewinności i neutralności Kościoła. W ramach panującego wówczas światopoglądu nie dało się jednak w całkowicie zadowalający sposób pogodzić wymagań stawianych przez oba porządki.
We wcześniejszych rozdziałach opowiadałem przede wszystkim o tym, jak ruch reformatorski w Kościele próbował doprowadzić do ujednolicenia tych wymagań. Główną ideą Reformy było ustanowienie Kościoła, w którym każdy okazywałby taki sam stopień osobistego zaangażowania i oddania, jaki cechował dotąd elitę kościelną. Miał to być Kościół, którego wszyscy faktyczni członkowie (z wyjątkiem potępionych) staraliby się wypełniać wiernie nakazy Ewangelii. Przeprowadzenie takiej Reformy wymagało zdefiniowania dostępnej dla każdego drogi życia, prowadzącej do takiej konsekwentnej postawy. Jedynym sposobem osiągnięcia tego celu było zaś przybliżenie nakazów wiary chrześcijańskiej temu, co osiągalne w doczesnym świecie i możliwe do zrealizowania w historii. Dystans między niebiańskim Miastem Bożym i odpowiednio przystosowanym do wymogów wiary miastem ziemskim miał zostać zredukowany.
Jeśli doprowadzimy ideę zbliżenia obu wspomnianych porządków do jej ostatecznych konsekwencji, popadniemy w rodzaj deizmu, w którym wcielenie utraci wszelki sens, Jezus stanie się tylko wielkim nauczycielem objaśniającym przykazania Boże, a same przykazania okażą się systemem moralnym, odmianą nowoczesnego porządku moralnego, który pozwala żyć człowiekowi w pokoju i harmonii z innymi. Zadanie religii sprowadza się wówczas do krzewienia owej moralności, co znacznie ogranicza charakter przemiany, do której jesteśmy wezwani. „Inny świat” zmienia swoją funkcję. Nie jest już dopełnieniem rozpoczętej na ziemi drogi „przebóstwienia” (theosis), lecz źródłem nagród lub kar, będących sprawiedliwą odpłatą za nasze doczesne postępki. Napięcie między oboma porządkami znika całkowicie.
Choć rzadko wyciągano aż tak radykalne wnioski i choć prawosławie zachowało nadal w swoim nauczaniu ideę dwóch odrębnych porządków, to jednak koncepcja ograniczenia dzielącego je dystansu wpłynęła w istotny sposób na główny nurt chrześcijaństwa zachodniego, zwłaszcza – choć oczywiście nie tylko – w krajach protestanckich. Dystans ten zmniejszył się w pewnym sensie w XIX i XX wieku, kiedy poczucie cywilizacyjnej wyższości, ugruntowane w epoce podbojów kolonialnych, splotło się z pojmowaniem chrześcijaństwa jako podstawy tej cywilizacji. Misjonarze nieśli wiarę chrześcijańską do nowego świata, żywiąc często nadzieję, że kładą w ten sposób podwaliny pod przyszły dobrobyt, ład i postęp, wierząc nawet niekiedy, że krzewią demokrację i wolność. Wielu z nich miało poważne problemy z odpowiedzią na pytanie, czym jest chrześcijaństwo. Zbawieniem ludzkości czy postępem zapewnianym przez kapitalizm, rozwój techniki i demokrację? Obie odpowiedzi zlewały się ze sobą. Jeszcze trudniej było odróżnić zbawienie od zaprowadzania słusznego porządku moralnego.
Amerykański biskup Kościoła metodystów oświadczył swoim słuchaczom w 1870 roku, że – jego zdaniem – w nieodległej przyszłości Ameryka stanie się krajem, w którym nie będzie już „ani cudzołożników, ani tych, co plugawią język, ani tych, co nie święcą dnia świętego, ani niewdzięczników, ani apostatów, ani zatwardziałych grzeszników, ani oszczerców. W setkach domów nie będzie już rozrzutności, kłótni ani zawiści, ani gorzkich łez”. (…) Trzydzieści lat później przewodniczący Amerykańskiej Rady do spraw Misji Zagranicznych stwierdził, że „chrześcijaństwo jest religią narodów dominujących. Nie waham się przewidywać, że w stosownym czasie stanie się ono jedyną religią na świecie”. (…) Jeden z przywódców Kościoła baptystów „napisał w 1909 roku, że spośród trzech »wielkich zdobyczy« nowoczesnego społeczeństwa” – chrześcijaństwa, państwa i demokracji – chrześcijaństwo jest „najpotężniejszą siłą napędową cywilizacji nowoczesnej”[2].
Zaś książę Devonshire, apelując o wzrost nakładów na Londyńską Fundację Kościelną, pytał swoich słuchaczy:
Czy potraficie sobie wyobrazić choćby przez chwilę, czym byłaby dzisiaj Anglia bez swoich kościołów i tego wszystkiego, co one dla nas znaczą? (…) Na naszych ulicach z pewnością nie byłoby bezpieczne. Zabrakłoby szacunku, przyzwoitości i tego wszystkiego, co składa się na obraz cywilizacji nowoczesnej.
Innymi słowy, ideał chrześcijańskiego świata (Christendom) zmienił się znacząco od czasów Dantego. Wówczas istniało silne poczucie dystansu i nieuchronnego napięcia między ostatecznym porządkiem paruzji, który dopiero dojrzewa, a ustanowionym przez człowieka porządkiem cywilizacji, w którym ludzkość żyje na co dzień. W epoce nowoczesnej w wielu wspólnotach chrześcijańskich różnica ta uległa redukcji, a napięcie całkowicie znikło.
2.
Czy rzeczywiście znikło? Można dowodzić, że tak. Świadczy o tym, po pierwsze, to, że utożsamiając życie chrześcijańskie z życiem zgodnym z normami naszej cywilizacji, straciliśmy z oczu przyszłą, głębszą przemianę, którą zapowiada wiara chrześcijańska, a więc przebóstwienie ludzkiego życia (theosis). Po drugie, jak z mocą przekonywał Ivan Illich, tracimy coś bezpowrotnie, gdy ze sposobu życia ukazanego w Ewangelii czynimy kodeks postępowania narzucony przez organizacje specjalnie do tego celu powołane. Chcę nieco poszerzyć i rozbudować argumentację Illicha, gdyż – co powinno wkrótce stać się oczywiste – jego poglądy są bardzo bliskie temu, o czym starałem się opowiedzieć w swojej książce. Nie ukrywam, że wiele się od niego nauczyłem[3]. Poglądy Illicha mają swoje korzenie w wierze chrześcijańskiej. Illich, który był wcześniej księdzem, pozostał katolikiem, ortodoksyjnym w swojej teologii, choć wielce oryginalnym i obrazoburczym w swojej interpretacji historii Kościoła. W aktualnym kierunku rozwoju Kościołów chrześcijańskich i chrześcijańskiej cywilizacji dostrzegał świadectwo „zepsucia” chrześcijaństwa. Badacze są zgodni, że Kościół chrześcijański, który pojawił się w świecie starożytnym, był nowym typem organizacji religijnej. Potrafił on stworzyć wokół siebie sieć nowych instytucji „opiekuńczych”, takich jak choćby szpitale i hospicja. Kościół zaangażował się mocno w praktyczną działalność charytatywną i ta forma jego…