Koniec II wieku to czas ogromnych przemian w Kościele. Wspólnoty wiernych zaczynają oswajać się z myślą, że oczekiwana paruzja nie nastąpi tak prędko, jak to się wydawało pierwszemu pokoleniu. Pierwotna gorliwość zaczyna stygnąć. Nie oznacza to, że wiara gaśnie, ale staje się inna. Jak rośliny, które z upływem lata tracą pierwotną soczystość zieleni i zaczynają przyzwyczajać się do okresowego braku wilgoci oraz siły słońca, tak samo wierzący chrześcijanie powoli traktowali kohabitację z poganami jako stały element krajobrazu i próbowali ułożyć sobie życie w nowych okolicznościach. Niektóre instytucje, powstające pod wpływem konieczności chwili, okazują się użyteczne. Charyzmatyczne podejście charakterystyczne dla chrześcijan pierwszego pokolenia powoli ustępuje bardziej stabilnemu, urzędowemu uporządkowaniu. Ale nie wszystkim to wystarczało. Wzrastająca rola biskupów oraz prezbiterów natrafiła na opór tych, którzy w pierwszych latach życia Kościoła stanowili główną siłę misjonarską – charyzmatycznych nauczycieli, proroków, jak ich nazywają pisma Ojców apostolskich. Kohabitacja niesie ze sobą zagrożenie kompromisem, który krok po kroku potrafi przysłonić pierwotne wartości. Na tym tle męczennicy – świadkowie Chrystusa za najwyższą cenę – jawili się jako jedyni prawdziwi chrześcijanie, a ich wiara w porównaniu z lękliwym świadectwem wielu innych była wzorem. Na takim podłożu wyrósł we Frygii ruch zwany montanizmem. Jego początek to wystąpienie kapłana…