Kiedy przysłuchuję się sporom o ocenę z religii na świadectwie szkolnym odnoszę silne wrażenie, że oto – z dobrej woli, ze słusznych i zacnych pobudek – zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Słucham oto argumentów przeciwnych ocenianiu tak subtelnej i nie do końca mierzalnej wartości, jaką jest religijność, lub nawet samo zaangażowanie w sprawy wiary, słucham i – ogólnie rzecz biorąc – zgadzam się. Słucham następnie argumentów drugiej strony (katecheza jako przedmiot nieoceniany lub oceniany bez negatywnych konsekwencji, staje się przedmiotem niepoważnym) i zgadzam się z nimi równie chętnie. Mam przy tym nieco próżne przekonanie, że moje koncyliarne stanowisko, a właściwie jego brak, nie bierze się z lenistwa intelektualnego, ale że wyrasta z sytuacji, która sama w sobie zawiera niedającą się przezwyciężyć sprzeczność. Tą sprzecznością jest obecność katechezy w szkole. Nader rzadko powracamy dziś do tego tematu. Nader niechętnie wraca do dyskusji nad obecnością religii w szkole duchowieństwo. Powody są ku temu przeróżne: od politycznych po finansowe. Powrót religii do szkół był w roku 90 tryumfalnym symbolem zmiany ustrojowej, symbolem zwycięstwa nad szkołą zideologizowaną. Wtedy, po Okrągłym Stole, sprzeciwiać mu się mogli przede wszystkim „wrogowie Kościoła”. Głos kilku jego „obrońców”, zadających ważne pytanie, czy to na pewno dobry pomysł, nie był zbyt dobrze słyszany. Dziś, po siedemnastu latach szkolnej…