Czy Jan Paweł II, którego wielu z nas przez kilka dekad uważało za najmądrzejszego człowieka na świecie, „świadka nadziei”, miał na oczach bielmo uniemożliwiające mu właściwy ogląd rzeczywistości? Czy ten, o którym myśleliśmy, że na co dzień ogląda Jezusa, „patrzył, lecz nie widział”? Nie chodzi tu o niewidzenie Boga – zostawmy na boku mistykę (choć w chrześcijaństwie nie da się oddzielić relacji z Bogiem od współczucia dla cierpiącego człowieka). Idzie mi o niedostrzeganie zła, od dawna przenikającego instytucję, której przez ponad ćwierć wieku przewodził.
Czy papież rzeczywiście go nie widział? A może – jak sugerują niektórzy bohaterowie książki Bielmo Marcina Gutowskiego – nie chciał go dojrzeć? Niczym człowiek zakochany, który nie wierzy (nie chce wierzyć!) temu, co wszyscy wokół mówią o osobie, którą kocha.
Dla Jana Pawła II przedmiotem takiej bezgranicznej (ślepej?) miłości był Kościół, o którym teologia katolicka powiada, że jest Ciałem Chrystusa, naznaczonym – poniekąd ex definitione – „prawdziwą” (choć tu, na ziemi, „jeszcze niedoskonałą”) świętością. Karol Wojtyła niezwykle głęboko przeżywał swoje kapłaństwo, postrzegał je jako swoiste zaślubiny z Kościołem – i wydawało mu się, że to jego doświadczenie ma charakter powszechny (i jest udziałem jeśli nie wszystkich, to na pewno ogromnej większości tych, którym udzielony został dar święceń). Jak pisze na stronie „Więzi” Henryk Woźniakowski: „Pewien poziom zła i cynizmu, zwłaszcza wśród ludzi Kościoła, po prostu nie mieścił się papieżowi ani w głowie, ani w sercu, przekraczał jego wyobraźnię”….