Zarówno przeciwnicy – nieliczni, chociaż wymowni – jak i zwolennicy polskich form religijności przedstawiali je podobnie. Wiara prosta, maryjna, czyli „matczyno-etyczna” raczej niż metafizyczna, wiara przesiąknięta do cna zaufaniem całej zbiorowości do Twórcy, a nie oparta na relacji jednostka – Bóg. Wiara osadzona w tradycji i przenikająca uczucia naro¬dowe, ale i przez nie przeniknięta. Wiara cechująca się uproszczonym mesjanizmem, przeświadczeniem, że cierpienia (Ojczyzny nie jednostki) stanowią zasługę, a zatem nagroda spotka Polskę, jeszcze zanim „rozgrzmi się już sąd Twój w niebie”. Wiara niechętna więc „katolickiemu intelektualizmowi”, pozostawiająca odłogiem kwestie teologiczne, dramaty wyboru, oraz wiara, która skłaniała (przypomnijmy list Krasińskiego do ojca) nie do wojen religijnych, lecz raczej do dobrodusznego apostolstwa. Wiara czysta zatem według zwolenników, powierzchowna – według przeciwników. Spór ten, jak wszystkie takie spory, jest – jak sądzę – nierozstrzygalny i nieciekawy jednocześnie. Zamiast się spierać, warto zdać sobie sprawę z tego, że mamy do czynienia z dwoma niewątpliwymi faktami. Przede wszystkim – z siłą tej wiary. Polemizując z Leszkiem Kołakowskim i zarzucając mu błąd intelektualizmu, ksiądz Józef Tischner powiada, że w twórczości Kołakowskiego widać, iż nigdy nie stał z kilkusettysięcznym tłumem u stóp Jasnej Góry. Jeżeli argument ten pozostawić bez wyjaśnienia, łatwo o…