Czy nie byłoby dobrze uznać w roku na przykład 1800 teologię za zamkniętą i zabronić teologom czynienia nowych odkryć?
Georg Christoph Lichtenberg
Ta książka wydaje się aktem odwagi. Autor, były dominikanin, przeszedł długą drogę od członkostwa w katolickim zgromadzeniu zakonnym do „zaprzestania (…) wszelkich praktyk religijnych” i dziś otwarcie określa się mianem „człowieka niewierzącego” (s. 6). Wyrwanie się z objęć zakonu, zbudowanie sobie nowej, świeckiej egzystencji budzi najwyższy szacunek i podziw. Ale ta jego „niewiara” wydaje się zjawiskiem dość niejednoznacznym. Piotr Augustyniak porzucił co prawda swój zakon i Kościół, ale nie porzucił swojego Jezusa, a choć wzywa zuchwale, by tego Jezusa odebrać „konfesyjnej doktrynie, religijnemu rytuałowi, kościelnej nowomowie, patriarchalnej, opresyjnej zwierzchności, walczącej o polityczne wpływy” (s. 10), to przecież uważny czytelnik szybko dostrzeże za tym zuchwalstwem swoistą grę pozorów.
Nowy arcymit
Bo choć Augustyniak nie ma wiele dobrego do powiedzenia o Kościele, w którym, jak słusznie zauważa, panuje „wymóg skostniałego posłuszeństwa i feudalnego poddaństwa względem doktryny i instytucji” (s. 132), to przecież wciąż jest…