Ostatnim razem rozmawialiśmy dzień po tym, gdy złożyła Pani poręczenie za Margot, działaczkę kolektywu Stop Bzdurom. Był to dla mnie ważny akt, dowód, że w każdej sytuacji można coś pozytywnego zrobić.
To było dla mnie oczywiste działanie. Takie dokumenty nauczyłam się wypełniać w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Więzienie i areszt to nie najlepsze miejsca, powinno się tam trafiać tylko w ostateczności. W tym przypadku nie było ku temu przesłanek. Sama znalazłam się kiedyś w areszcie, choć były to odległe czasy. Próbowałam wraz z matką przedostać się do ojca, który po wojnie nie mógł wrócić do Polski, złapano nas. Pamiętam też, jak Jacek Kuroń mówił i pisał o „okaleczonych braciach więziennych”. Bardzo to mną wtedy poruszyło. Jeśli jakoś pomogliśmy tym poręczeniem za Margot, to bardzo się cieszę.
Ks. Alfreda Wierzbickiego, innego z 12 poręczycieli, spotkały za ten gest nieprzyjemności – ksiądz rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego odciął się od jego poglądów, a przedstawiciele fundacji Życie i Rodzina agitowali za zwolnieniem go z uczelni, oskarżając go, że „od lat wypowiada się niezgodnie z nauczaniem Kościoła katolickiego”. Żaden biskup nie wziął go w obronę.Ja mam mniej do stracenia. Nie muszę się też przejmować ewentualnymi karami kościelnymi ani czyimś niezadowoleniem, bo jedyne, co mi jeszcze potrzebne, to sakramenty i pogrzeb. Wierzę, że jedno i drugie mam zapewnione. Ale…