Jesienią 2010 roku odsłonięto w Świebodzinie pomnik Chrystusa Króla. Ze względu na rozmiary monumentu (ok. 36 metrów, a razem ze specjalnie usypanym kopcem – ponad 50 metrów) wydarzenie to należałoby wpisać do Księgi rekordów Guinnessa, ja widzę w nim natomiast wskazówkę dotyczącą jednego z możliwych kierunków rozwoju polskiego katolicyzmu. Można by go nazwać „odgórnym”, patriarchalnym, klerykalnym. Trafnie opisał go kiedyś ks. Józef Tischner, relacjonując spór proboszcza z artystą malarzem o sposób przedstawiania obecności w świecie tego, co święte. Chodziło o wizerunek Brata Alberta: czy powinien on górować nad ubogimi i z wysoka podawać im chleb – taka właśnie była propozycja księdza – czy też raczej przed nimi klęczeć . Ów Tischnerowski tekst całkiem niedawno przypomniał na tych łamach ks. Tomáš Halík, a jego analiza znakomicie oddaje, moim zdaniem, sposób myślenia wielu polskich duszpasterzy i hierarchów: „Kościół rozumie siebie jako właściciela Chrystusa, prawdy i wiary – i dlatego może dawać to, co ” . Powiedzmy otwarcie: nie ma w tym nic złego, bo przecież kiedy mówię „Kościół”, mam na myśli ludzi, którzy rzeczywiście pragną naśladować Jezusa, a nie jakichś „cwaniaków w sutannach”. Tak pojmowany Kościół chce „posiadać”: żeby wspierać, pomagać, pokazywać drogę, pouczać. To…
Publicysta katolicki, wieloletni redaktor „Znaku”, były prezes Klubu Chrześcijan i Żydów „Przymierze”.