Katarzyna Kazimierowska: Ludzie wyjeżdżają ze Spitaku?
Michał Łuczak: Gdy zapytałem o to samo, jeden z bohaterów naszej książki, Gagik, powiedział, żebym się przeszedł na dworzec autobusowy i zobaczył na własne oczy. W centrum miasta jest dwupiętrowy supermarket, obok szaszłykarnia, a naprzeciwko agencja biletowa, gdzie można kupić bilety lotnicze i autokarowe. Cel – zagranica. Jeżeli tego typu agencja biletowa działa w tak małym mieście, to znaczy, że jest tam potrzebna. W byłych republikach radzieckich mężczyźni wyjeżdżający do pracy to powszechne zjawisko. Czasem zdarza się, że mają równoległe życie w Rosji – nową żonę, dzieci. Często zapominają wówczas o tej pierwszej rodzinie. Przed trzęsieniem ziemi w Spitaku mieszkało 15 tys. osób, teraz poniżej 13 tys. Choć nie wydaje mi się to takie zaskakujące. W Polsce też moglibyśmy opowiedzieć o latach 80., kiedy na Śląsku czy całej ścianie wschodniej ludzie wyjeżdżali do pracy do Belgii albo Ameryki, rodziny się dzieliły, a często rozpadały na dobre.
Mówimy o mieście w procesie wiecznej konstrukcji, gdzie w 1988 r. doszło do potężnego trzęsienia ziemi. Zginęło ponad 4 tys. osób, zachował się tylko jeden budynek.
M.Ł.: Wśród historii, które usłyszeliśmy, pieśń o wspaniałości dawnego Spitaka jest powszechna. Działało tu kilkanaście fabryk, ludzie mieli pracę, dobrze im się żyło, z opowieści wynika, że to było przyjemne miejsce do mieszkania. Choć myślę, że w tych wspomnieniach sprzed 30 lat na pewno jest lepiej, niż było w rzeczywistości. Dlatego tytuł naszej książki to po prostu 11:41 – godzina, w której życie mieszkańców podzieliło się na przed trzęsieniem ziemi i po nim. I to, co było przed, dziś…