Nie jest to Pana pierwsza wizyta w Polsce. Czy spodziewał się Pan, że odwiedzi to miejsce w trakcie kryzysu humanitarnego?
W Polsce otrzymałem jedną z pierwszych nagród za działania związane z migracją – wyróżnienie im. Sérgio Vieira de Mello, byłego wysokiego komisarza ONZ ds. praw człowieka, przyznawane przez Stowarzyszenie Willa Decjusza. Właśnie z tego powodu nie spodziewałem się tak negatywnej odpowiedzi Polski na presję migracyjną. Choć sądzę, że nie jest to jeszcze presja, mówimy przecież o 10–15 tys. ludzi, nie o milionach. Reakcja polskiego rządu jest okrutna. Niegodziwa. I wcale nie wyolbrzymiam, ponieważ opieram się na tym, co widziałem na własne oczy, kiedy wraz z innymi europosłami odwiedziłem czerwoną strefę na polsko-białoruskim pograniczu. Poczuliśmy tam atmosferę strachu. Nie można było robić zdjęć, trzeba było spotykać się z ludźmi po kryjomu… Mieszkańcy pogranicza, stowarzyszenia i wolontariusze robią niesamowite rzeczy. Wchodząc do lasu, by pomóc migrantom, odznaczają się aktem człowieczeństwa. Robiąc to, ryzykują więzieniem, bo polski rząd odwraca się nie tylko od uchodźców, ale i od ludzi chcących podać im butelkę wody lub opatrzyć ich rany. W żadnym innym miejscu Europy nie spotkałem się z taką nikczemnością. To dla mnie niepojęte. Przyjechałem tutaj, żeby zobaczyć, zrozumieć i wysłuchać opowieści ludzi z pogranicza.
Jakie opowieści Pan usłyszał?Wstrząsające. Nie dało się ich słuchać bez łez w oczach. Doprowadzanie do śmierci osób poprzez nieudzielenie im pomocy to nie jest strategia polityczna, lecz prawdziwe okrucieństwo. Przywołam jedną z historii. Rozmawiałem z dziewczyną. Spotkała ona rodzinę, która wyszła z czerwonej strefy. Ojciec, matka, dwoje dzieci. Jedna dziewczynka miała bose stopy. Rodzina szła więc w kierunku sklepu w tamtej okolicy, żeby kupić jej obuwie. Właśnie wtedy została zatrzymana przez grupę…