W 2014 r. obchodzimy stulecie wybuchu I wojny światowej, który był de facto początkiem końca Królestwa Galicji i Lodomerii. W tym roku mija także 30 lat od wydania Pańskiego bestsellerowego przewodnika geografii wyobrażonej Po Galicji. Co z perspektywy czasu zmieniło się w kontekście wiedzy i postrzegania tych terenów? Czy Pański przewodnik potrzebuje aktualizacji?
Nigdy nie myślałem, żeby ponownie napisać tę książkę. Przez 30 lat sytuacja bardzo się zmieniła. Kiedy pisałem Po Galicji, miałem w Polsce status persona non grata. Przez dziewięć lat – od początku Solidarności do 1989 r. – nie mogłem tu przyjechać, choć już wtedy w Austrii nazywano mnie ekspertem ds. Polski. Nie muszę chyba podkreślać, jak trudna i kuriozalna była to sytuacja. Dlatego, wraz z moim przyjacielem Christophem Ransmayrem, z którym niedawno wydałem Pogromców wilków, wpadłem na pomysł napisania książki dotyczącej tych terenów, ale pozwalającej mi na pracę „zdalną”. Wybrałem Galicję, która była wówczas zupełnie zapomniana przez Austriaków. Mogę się pochwalić, że jestem jednym z pierwszych, którzy na niemieckojęzycznym obszarze (prócz specjalistów oczywiście) pisali na ten temat. Nie mogłem pojechać do żadnego z miast galicyjskich, więc przyjąłem, że będzie to podróż imaginowana. Siedziałem w austriackich bibliotekach, szperałem w gazetach, czytałem literaturę. Najważniejsze było dla mnie posiadanie jednej zasady spajającej książkę. Wybrałem podróż koleją austriacką po Galicji Wschodniej i Bukowinie. Pochodną książki były także zorganizowane w 1986 r. sympozja dotyczące Europy Środkowej, zaskaw niemieckojęzycznym obszarze nazywanej…