Wyobrażam sobie, że biolog i ekolog po wybuchu pandemii miał pełne prawo powiedzieć: „A nie mówiłem?”. Globalny problem z nieuleczalną chorobą to przecież skutek zachłanności człowieka, m.in. zagarniania miejsc dzikiej przyrody.
Mój pesymizm w ocenie przyszłości homo sapiens faktycznie wyprzedził to, z czym świat boryka się co najmniej od wiosny 2020 r. Nie budzi to mojej satysfakcji. Przypomnę jednak kilka faktów, które wciąż są aktualne, więc cokolwiek planujemy jeszcze zrobić na Ziemi, miejmy je na uwadze.
Przede wszystkim na świecie żyje blisko 8 mld ludzi i liczba ta rośnie na tyle dynamicznie, że do 2050 r. powiększy się o kolejne 2 mld. Jak w przypadku każdego gatunku, który swoimi osobnikami zapełnia coraz szczelniej ograniczoną przestrzeń życiową, w pewnym momencie pojawią się problemy z zasobami, m.in. wody pitnej i miejsc na Ziemi, gdzie można byłoby żyć. Ponieważ wzrasta zagęszczenie zaludnienia, a na dodatek umiemy się szybko przemieszczać, intensyfikują się nasze kontakty z innymi gatunkami, także z patogenami, które mogą nam zagrozić, jeśli nasz system odpornościowy nie będzie potrafił ich wyeliminować. To truizm mówić dzisiaj, że pandemie nieznanych chorób mogą nas nękać coraz częściej, ale tak się dzieje w przypadku każdego gatunku, którego liczebność wyraźnie się zwiększyła. Równie prawdopodobne i groźne jest pojawienie się w takiej sytuacji substancji szkodliwej.
Jak dwutlenek węgla, który emitowany przez działalność homo sapiens, podgrzał Ziemię i atmosferę na tyle, że zagroził jego istnieniu?
U drożdży jest podobnie – rosną, produkując niepotrzebny im alkohol. Jeżeli pojawi się go zbyt dużo, nie jest możliwy dalszy rozwój. Homo sapiensznalazł się…