Najbardziej kuszące w spojrzeniach w zaświaty, jakie zestawił ze sobą Hieronim Bosch, jest ciało. Nagie ciała zbawionych subtelnie prowadzonych do światła, nagie ciała nieszczęśników wydanych na męki piekielne. Ciała spadających w otchłań, ciała podążających ku światłu. Najbardziej przejmujące przedstawienie prawdy o człowieku, które z jednej strony pozwala kontemplować ludzką kondycję w obliczu śmierci, powszechnego zmartwychwstania, sądu i ostatecznych rozstrzygnięć, a z drugiej – niejako przy okazji – każe skonfrontować się z własną cielesnością i związaną z nią podatnością na choroby i pożądliwości. Wierzący i medytujący nie może uciec od ciała, i to – jak się okazuje – ciała nagiego. Co więcej, nagość z perspektywy obrazu Boscha nie jest tylko wspomnieniem kondycji człowieka w raju. Niewątpliwie jest jego przeznaczeniem. Należy do historii zbawienia nie jako przeszłość, ale jako przyszłość. Krajobraz, światło, kolor, a nawet postaci aniołów i demonów – to wszystko tylko sztafaż dla ukazania nagiego, a więc prawdziwego, człowieka wraz z jego przyszłym losem. Być może zresztą dochodzi tu do głosu pragnienie stopienia ze sobą teraźniejszości i eschatologicznej przyszłości, bo względnie realistycznie przedstawione ciało jest też dla nas rodzajem zwierciadła. Postaci nie są „nie z tej ziemi”, są takie jak my, „z krwi i kości”, jak my stojący przed obrazem czy ołtarzem. Oczywiście namalowane przez Boscha, pozostają bierne, ich czas działania i zasługiwania skończył się, są niejako wydane jedynie na działanie zewnętrznych sił, ale nie przestają być w pełni cielesne. Bierność nie jest zresztą absolutna: widzimy, że niektórzy się modlą, jeden z pierwszoplanowych bohaterów zastygł w pozie sugerującej głęboką zadumę, zbawieni ze sobą rozmawiają. To czynności duchowe, ale – co naturalne na obrazie – oddane gestami ciała. Tak przedstawiona…
Teolog, filozof, tłumacz, autor Bliżej niż się wydaje. O końcu świata, milenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010)