Marta Duch-Dyngosz: Kim jest opowiadacz historii?
Witold Dąbrowski: Niewątpliwie do jednej z moich ról w Bramie Grodzkiej należy opowiadanie historii. Wynika ona z tradycji ośrodka, który 25 lat temu powstał jako teatr. W pewnym momencie musieliśmy odstawić tę działalność na bok. Do teatru wróciliśmy kilkanaście lat temu, ale w zupełnie innej formie – przedstawiania opowieści bez scenografii i rekwizytów. Odwoływaliśmy się do zbiorów kolekcji historii mówionej, ale też do literatury, m.in. do książek Isaaka Bashevisa Singera. Relacje ustne stanowią główny materiał przekazu w naszej najnowszej premierze Opowieści z nocy. To są, jak je nazywamy, historie zasłyszane, żyjące w różnej postaci – książeczki wydanej przez ośrodek, stałej wystawy, oratorium. O pewnych obszarach naszych zainteresowań nie da się powiedzieć wprost. Trzeba użyć języka sztuki i stąd bierze się moja rola, w której czuję się dobrze, bo lubię opowiadać.
W jednym z wywiadów powiedział Pan, że problem, od którego Brama w swojej działalności wychodzi, to brak pamięci o żydowskich mieszkańcach Lublina. Co Pan przez to rozumie, skoro zbierane przez ośrodek relacje wskazują, że ta pamięć jednak istnieje?
Tomasz Pietrasiewicz:W 1990 r., gdy było wiadomo, że zacumujemy w Bramie Grodzkiej na dłużej, stopniowo zacząłem zdawać sobie sprawę, w jakim miejscu się znajdujemy. Nieżyjący już Władysław Panas zwrócił mi wtedy uwagę, by nie traktować Bramy jak zesłania. W tym czasie Stare Miasto było typem getta społecznego. To rozmowy z Władysławem Panasem uświadomiły mi symbolikę tego miejsca – spotkania Żydów i Polaków. Przed wojną była to Brama Żydowska, która prowadziła do dzielnicy żydowskiej. To nie znaczy, że nie miałem świadomości, iż w Lublinie mieszkali Żydzi….