Będziemy rozmawiać o roślinach leczniczych czy o narkotykach?
Dobre pytanie na początek. Wiem, że dla wielu ludzi na Zachodzie rośliny np. z gatunku Banisterioposis caapi – znane jako ayahuaska, kaktusy takie jak Echinocactus williamsi, czyli peyotl, lub też grzyby z rodziny Psylocibe, razem określane mianem „enteogenów”, to po prostu narkotyki. Istnieje takie powiązanie, ale jeśli ktoś choć trochę pozna społeczności, w których owe rośliny lecznicze stosowane są od tysięcy lat, zrozumie, że tak naprawdę sprawa wygląda zgoła inaczej. W tradycyjnych wspólnotach enteogeny nie są przyczyną problemów społecznych, ale wręcz przeciwnie – po dziś dzień stosowane są w leczeniu wielu takich problemów. Prosty przykład: w świecie zachodnim wielu ludzi pali papierosy, choć jest medycznie i naukowo udowodnione, że regularne palenie jest szkodliwe dla zdrowia. Krótko mówiąc, w naszej kulturze istnieje problem z uzależnieniem od tytoniu, papieros jest narkotykiem. Tymczasem w społecznościach rdzennie amerykańskich tytoń, zarówno w postaci dzikiej, jak i hodowlanej, nigdy nie spełniał funkcji powszechnego narkotyku. Był łagodnym środkiem leczniczym. Również i dzisiaj do rzadkości należy widok indianina palącego papierosa za papierosem. Moja babcia sięgała po tytoń tylko i wyłącznie wtedy, gdy czuła nadciągającą chorobę. Zapalała wtedy nawet nie całego, ale jakąś 1/3 papierosa, kładła się do łóżka na dwie, trzy godziny, następnie wstawała i była zdrowa. Poza tym żadnych innych używek nie stosowała. W związku z czym ani w jej, ani w głowie żadnego członka tradycyjnej społeczności nigdy nie pojawiała się myśl, że palenie papierosów może być problemem, że wywołuje uzależnienie, i że może powodować groźne choroby, np. raka płuc lub jamy ustnej. Podobnie ma się rzecz z indianami Ameryki Północnej, którzy tytoniu lub innych…