Ta perspektywa bliska jest popularnemu, amatorskiemu spojrzeniu na czasy przed 1914 rokiem: mnożą się albumy przedstawiające miasta na fin-de-sieclowych pocztówkach, gadżety reklamowe w rodzaju portretu Franciszka Józefa na wodzie mineralnej „Żywiec”, w muzeach i skansenach stare parowozy, automobile, telefony, na fotografiach panowie z wąsami, panie w długich sukniach, nie mówiąc już o całym pamiątkarskim przemyśle utrwalającym stereotyp szczęśliwego Wiednia, Budapesztu, Lwowa czy Krakowa sprzed kataklizmu. To wszystko buduje obraz epoki zasadniczo odmiennej od naszej – owej sentymentalnej „starej Warszawy” Bolesława Prusa, czy stabilnej wiktoriańskiej Anglii. Bertrand Russell, w swojej historii filozofii zachodniej, napisał, że kontynent około 1000 roku wszedł w okres ciągłego rozwoju, który miał trwać nieprzerwanie aż do roku 1914. Cały ten obraz, czy to u historyków czy u szerszej publiczności, jest obrazem świata zaginionego: obraz ten wzmocniony jest tradycją literacką najwyższej próby, dziełami Józefa Rotha, Stanisława Vincenza, Andrzeja Kuśniewicza i tylu innych. Słowo „Atlantyda” powtarza się często. Widziałem kiedyś w jednej z berlińskich księgarń serię popularnych książeczek z obrazkami, której tytuł brzmiał „Jak żyli ludzie…”, czy jakoś podobnie. Otóż na wystawie księgarni leżały koło siebie tomy „Jak żyli ludzie w państwie Inków” i „Jak żyli ludzie w Monarchii Austro-Węgierskiej na początku XX wieku” – tak, jakby państwo Inków i państwo Habsburgów były dla człowieka początków XXI wieku krainą równie odległa, obcą, zapomnianą. Pomyślałem sobie, że gdyby jakiś wiedeński dekadent-katastrofista z przed wieku, taki Artur Schnitzler czy Odon von Horwath, a przede wszystkim Karl Kraus, autor apokaliptycznej sztuki „Ostatnie dni ludzkości”, mógłby zobaczyć te książeczki, byłby zachwycony: jego przekonanie o nadchodzącej katastrofie, która pogrzebie jego świat, znalazłoby doskonałe potwierdzenie. Powyższy obraz nie docenia stopnia zakorzenienia modernizacyjnych przemian jeszcze przed…