Moją myśl można ująć w jednym zdaniu: umiera personalizm, powraca osoba (mógłbym także powiedzieć: umiera personalizm, przez co należałoby rozumieć: niech umiera, nawet jeśli…, być może byłoby lepiej, gdyby umarł po to, by…).
Wytłumaczę się najpierw ze zwrotu „umiera personalizm”, nadając mu w trybie oznajmującym wartość zapisu pewnego faktu kulturowego. Ogólnie rzecz biorąc, żałuję nieszczęśliwego wyboru, jakiego dokonał założyciel ruchu Esprit, decydując się na termin z końcówką „-izm” i stając do rywalizacji z innymi „-izmami”, które dzisiaj wydają się nam w ogromnej mierze najzwyklejszymi pojęciowymi fantomami. Rozwinę może moją myśl.
Otóż przede wszystkim uważam, że inne „-izmy” przedstawiały takie wzorce myślenia, które były znacznie lepiej wyartykułowane pojęciowo. Wystarczy przypomnieć, jak złożona praca konceptualna kryje się za pojęciem egzystencjalizmu w Bycie i nicości u Jeana Paula Sartre’a albo u Maurice’a Merleau-Ponty’ego w Fenomenologii percepcji lub Les Aventures de la dialectique (Przygodach dialektyki). Wydaje się zbędne rozwodzić się nad potężnym aparatem konceptualnym marksistów czy też nad niespotykaną złożonością myśli takich filozofów jak Antonio Gramsci czy Louis Althusser. Jednym słowem, personalizm nie był wystarczająco konkurencyjny, żeby wygrać bitwę pojęć. Nieco dalej zobaczymy, że to, co wydaje się w tym miejscu zarzutem, nabierze nowego znaczenia, kiedy będę się starał określić osobę jako swoisty fundament pewnej postawy, perspektywy, aspiracji, dokładnie tak samo jak Mounier, który nigdy nie przestał o niej mówić inaczej, co skądinąd powinno było go odwieść od zmagania się z innymi „-izmami”, takimi jak materializm, spirytualizm czy kolektywizm, będącymi mglistymi i niejasnymi ideami. Chcąc jeszcze bardziej zaakcentować mój argument, przypomnę, że w tym samym czasie zarówno wcześniej wymienieni przeze mnie autorzy, jak i inni – Raymond Aron, Eric Weil itd. – przystąpili pod kierunkiem subtelnego Alexandre’a…