Subskrybuj
Ilustracja: Agnieszka Dybowska
Pisarz, reporter i redaktor „New Yorkera”. Autor wrażliwych portretów Nowojorczyków z marginesów społeczeństwa. Przez trzy dekady cierpiał na blokadę twórczą ― codziennie chodził do redakcji, lecz niczego nie publikował

Lady Olga

Panna Barnell ma nie tylko brodę, ale także bokobrody i sumiaste wąsy. W białej obszernej podomce przywodzi na myśl proroka ze Starego Testamentu. Wygląda bardziej światowo, gdy szykuje się na przyjęcie; na taką okazję nakłada szminkę i róż

Jane Barnell od czasu do czasu uznaje się za czarną owcę i stwierdza, że jej sposób zarabiania na życie ma w sobie coś wstydliwego. Kiedy popada w taki nastrój, nie jest dumna, że żadna artystka w Ameryce nie dorównałaby jej pod względem długości kariery cyrkowej, i żałuje, że przed laty rzuciła harówkę na farmie bawełny swojej babki w Karolinie Północnej. Panna Barnell to kobieta z brodą. Jej gęsty, kręcony zarost mierzy 35 cm i jeszcze nigdy nie był dłuższy niż obecnie. Za młodu, gdy życie cyrkowe bardziej ją pasjonowało, co roku fryzowała brodę inaczej; w tamtych czasach istniało bowiem wiele możliwości – panna Barnell pamięta styl na „sopel”, „indiańskiego wojownika”, „trzepaczkę” i „kozła” – a na początku sezonu prosiła cyrkowego fryzjera, by przyciął jej zarost w najmodniejszym w danym momencie fasonie. Odkąd posiwiała, nie przycina już brody i nosi ją w stylu członków grupy Ród Dawidowy. Dzięki brodzie panna Barnell występowała w każdym ze stanów Północy. Właściwie to zjeździła Stany Zjednoczone jak mało kto, jednak zbyt się nudziła, by zwracać uwagę na otoczenie, i pewnie oblałaby geografię w szkole. „Podróżowałam po całym kraju, wzdłuż i wszerz. Odwiedziłam tysiące miast, ale niewiele z nich pamiętam. Przez połowę czasu nie wiedziałam nawet, w jakim jestem stanie, wręcz zupełnie mnie to nie obchodziło” – mówi. Panna Barnell ma 69 lat i po raz pierwszy wzięła udział w pokazie krótko po swoich czwartych urodzinach; twierdzi, że ma brodę od niemowlęctwa. Jako Księżniczka Olga, Madame Olga lub Lady Olga pracowała w co najmniej 25 cyrkach i wesołych miasteczkach za stawkę od 20 do 100 dolarów tygodniowo. Zdążyła już zapomnieć, jak nazywała się część z tych przybytków; jeden z cyrków pamięta tylko jako „ten bajzel na dziesięć wozów na Zachodnim Wybrzeżu, gdzie razem z moim trzecim mężem musieliśmy przywalić kierownikowi cyrku w czerep kołkiem od namiotu, żeby…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Chcę mieć serce spokojne