Kobiety i miłość są fundamentem.
Zbadaj je, a zagrozisz samej strukturze kultury.
Shulamith Firestone, The Dialectic of Sex: The Case for Feminist Revolution
Przepraszam, że ten tekst jest do bani, z jakiegoś powodu odkąd mam dziecko jestem totalnym umysłowym wrakiem. Jakby moje iq spadło o dobre 50 punktów i słowa wydają mi się dziwnie skomplikowane lol.
Grimes, Instagram, 2020
Gdy w moim ciele rozwijało się ludzkie zwierzę, zaczęłam zdawać sobie sprawę, że ktoś mnie tu w coś wrabia. Gdy opuściło moje ciało, dostrzegłam to jeszcze wyraźniej.
Ciąża, potem poród, a następnie – ważny czas – wczesne macierzyństwo po prostu nie przystawały do kulturowych, społecznych i filozoficznych narracji, jakie towarzyszyły mi w procesie dorastania. To, co czułam i widziałam, kłóciło się z tym, czego uczono mnie o kobietach i mężczyznach, ojcach i matkach; nie umiałam powiązać swojego aktualnego doświadczenia z tym, co do tej pory przyswoiłam na temat ciała, umysłu, indywidualnej i relacyjnej jaźni oraz struktur życia społecznego.
Z początku uznałam, że wariuję. Desperacko szukałam sposobów na wyjaśnienie przeżyć, które właśnie mi się przytrafiają. Uświadomiłam sobie, że mój umysł został skolonizowany przez nieadekwatne wyobrażenia dotyczące kobiecości, macierzyństwa, wartości, a nawet miłości: korzenie mojego siedliska toczył rak.
Przeczucie, że popełniono kardynalne błędy, przekazując mi wiedzę o kobiecym ciele i doświadczeniu macierzyństwa, pojawiło się dość wcześnie. Pierwszego dnia, gdy poczułam mdłości, czyli mniej więcej w piątym tygodniu ciąży, byłam podekscytowana. „Poranne mdłości” to oznaka zdrowej ciąży, czytałam i utwierdzałam się w przekonaniu, że realizuje się coś, co wcześniej wydawało mi się tajemnicze i nieuchwytne: że nareszcie wewnątrz mnie jest dziecko, o którym zawsze marzyłam. Nudności, gdy tylko się pojawiły, były nasilone, ale pomyślałam, cóż, zobaczymy, poranek trwa około czterech godzin – to mniej niż jedna czwarta mojego dnia, resztę doby przesypiam – dam radę. Skubałam herbatniki imbirowe i sączyłam wodę łyk po łyku.
Wybiło południe. Silne nudności utrzymywały się. Piętnasta. Bez zmian.
Osiemnasta. O co chodzi? Dwudziesta. Jak to? Dwudziesta druga. Wciąż były. Potem, niezmiennie, następnego dnia, następnego i następnego, i następnego. Cały dzień, codziennie. Przez pięć miesięcy. Jednocześnie wydawało się, że w moim umyśle przebiega równoległa, jeszcze bardziej niepokojąca zmiana. Byłam przeszczęśliwa z powodu ciąży, przywiązana do rosnącego we mnie stworzenia, ale z każdym upływającym tygodniem gasłam, stawałam się coraz bardziej introwertyczna i rozbita. Nie znałam języka, za pomocą którego mogłabym zrozumieć lub opisać tę przemianę, lecz sama moja świadomość wydawała się inna: jej struktura się zmieniła, uległa przekształceniu. To mnie przeraziło. Było tak, jakby ktoś wprowadził się i rozgościł nie tylko w mojej macicy, ale również w mózgu. Pomyślałam, że pewnie w ten sposób działa wyobraźnia; ciążę traktowałam przecież jako stosunkowo prosty proces fizyczny z kilkoma „hormonalnymi” dniami raz na jakiś…