W Chinach od ponad 30 lat rodziny muszą stosować się do regulacji, które w Polsce nazywa się najczęściej „polityką jednego dziecka”…
Chińczycy mówią o jihua shengyu zhengce – „polityce planowania rodziny”, gdybyśmy chcieli to tłumaczyć dosłownie.
Po trzech dekadach od jej wprowadzenia dzietność w tym kraju wynosi 1,6 dziecka na kobietę, co oznacza, że potoczna nazwa jest myląca. Jakie były więc pierwotne założenia tego systemu kontroli urodzeń?To była od początku bardzo kontrowersyjna polityka. Przyjęto ją w 1979 r. i dotyczyła przede wszystkim Chińczyków Han, czyli większości etnicznej. Mniejszości narodowe, których jest w Chinach według oficjalnych danych 55, a wśród nich Tybetańczycy i Ujgurzy, nie zostali objęci tymi ograniczeniami. Politykę planowania rodziny zaczęto wprowadzać bardzo restrykcyjnie, jak można się spodziewać po systemie autorytarnym. Skutki były druzgocące. Noworodki, głównie płci żeńskiej były wrzucane do studni i topione w rzekach. Później, na początku lat 80. zmodyfikowano nieco wymogi i na wsiach, na których najczęściej zdarzały się te drastyczne przypadki dzieciobójstwa, pozwolono rodzinom chłopskim na drugie dziecko, jeśli pierwsze było dziewczynką. Można więc mówić o pewnej liberalizacji, choć politykę utrzymano w mocy. Pod koniec lat 90. wpisano ją nawet do preambuły konstytucji. Kolejnymi grupami, które nie podlegały tym rygorystycznym wymogom…