Subskrybuj
Dr filozofii, prawnik, współzałożyciel Instytutu Myśli Józefa Tischnera. Publikował m.in. w „Znaku”, „Kwartalniku Filozoficznym”, „Logosie” i „Etosie”. Autor książek: Czas i obecność (2005) i Człowiek poza istnieniem (2011).

Czas wielkich przewartościowań

Sens jest ważniejszy od efektu, skuteczność nie może być po prostu ślepa, ponieważ w rachunku ostatecznym obróci się przeciw ludziom, wymykając się ich możliwościom przewidywania.

1.

Po dekadach względnej stabilizacji, która stała się również od pewnego czasu naszym udziałem, stanęliśmy dziś nieoczekiwanie w obliczu cywilizacyjnego przełomu. Być może to wcale nie wydarzenie z 11 września, ale właśnie załamanie się współczesnego, globalnego modelu gospodarowania przejdzie do historii jako milenijna granica epok. Coraz wyraźniej widać bowiem, że to, z czym zmagamy się dzisiaj, nie jest zwyczajną przypadłością gospodarki rynkowej przechodzącej swe mniej lub bardziej regularne cykle koniunkturalne. Nie łudźmy się, to nie jest przejściowy stan gospodarczego osłabienia, który należy przeczekać, po którym wszystko wróci do normy. Prosty powrót do tego, co było, to znaczy do stanu pewnej zwirtualizowanej ekonomii gwarantującej w dalszym ciągu stały i szybki rozwój w skali całego świata, jest niemożliwy. Widzieliśmy, jak łatwo może się załamać model gospodarki konsumpcyjnej oderwanej od realnych potrzeb. Powszechna, stale zwiększająca się konsumpcja, rosnące zapotrzebowanie na dobra, których się w ogóle nie używa i nie potrzebuje, swoista magia kupowania taniejących produktów miały być niezawodnym motorem rozwoju. Nakręcająca się spirala inwestowania w coraz większe moce produkcyjne po to, by zaspokoić ten wzrastający i sztucznie podsycany popyt, zaprowadziła w ślepą uliczkę, z której nie ma łatwego wyjścia. Upowszechnienie kategorii kapitału, który nie jest zwyczajnie synonimem posiadania, lecz znaczy narzędzie wirtualnego bogacenia się (mówi się na przykład, że kapitał za nas pracuje, nawet kiedy śpimy) doprowadziło do tego, że każdy, czy tego chce, czy nie, jest dzisiaj graczem na tej gigantycznej giełdzie, jaką stał się rynek. W tym sensie nie ma już prostego podziału na tych, którzy dysponują kapitałem, i tych, którzy muszą sprzedawać swoją pracę. Każdy w swojej skali jest uczestnikiem w grze, posiadaczem jakiegoś kapitału o zmiennej wartości, który zyskuje lub traci zgodnie z ruchem rynkowego wahadła. Właściwie nie ma też takiego przedmiotu (i nie jest nim również sam pieniądz, nawet wówczas gdy deponujemy go w banku[1]

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Bankructwo humanistyki