Kłopot z Azją zaczyna się już od samej definicji i, rzecz jasna, od ogromu jej terytorium. Bo jak ogarnąć zarazem Bliski i Daleki Wschód, Azję Południową i Syberię czy Timor i Tadżykistan? W naukach społecznych i politycznych sama geografia niewiele tłumaczy. „Azja to tylko nazwa na mapie”, irytowali się niegdyś oficjele z ministerstwa przemysłu i handlu w Tokio indagowani o wartości azjatyckie. W samej Azji Wschodniej – tłumaczyli – poszczególne społeczeństwa są tak zróżnicowane, że prawie nie mają ze sobą nic wspólnego. Z pewnością w Korei czy Japonii nie trzeba było o tym nikogo specjalnie przekonywać. Ale z europejskiej lub atlantyckiej perspektywy – mimo rozmaitych zastrzeżeń – czujemy, że mówienie o oszałamiającym postępie całego Wschodu albo Azji jako „nowej ziemi obiecanej” jest zasadne. To przecież największy i najludniejszy z kontynentów, który przeszedł w ciągu ostatniego półwiecza niesłychaną wręcz metamorfozę. Z peryferyjnego zaplecza wielkich mocarstw stał się rozbudzonym olbrzymem; nie tylko dorównał po modernizacyjnym sprincie dotychczasowym potentatom, lecz w najbliższych dziesięcioleciach najprawdopodobniej ich prześcignie. Dziś mało kto odważyłby się kwestionować znaczenie Azji na światowych rynkach….