– Nie będę o tym pisała – mówię do znajomej – nie mogę myśleć, jeść ani spać, a co dopiero pisać. Wybraź sobie, że się w kimś zakochałaś, a potem ukochanemu coś się zaczyna dziać… Ale pisanie to dobra terapia. Wspominam więc Gruzję sprzed wojny: uśmiechniętą, zabawną, zabieganą, śpiewającą, obfitującą w wino, jedzenie i żarty, sentymentalną, emocjonalną, przyjazną, modlącą się i surową. Żeby poznać Gruzję, trzeba trafić na swojego Gruzina. To łatwe, oni sami zagadują przechodniów na ulicach. Dalej wszystko potoczy się samo: Gruzin zaprosi was do siebie, a jego gościnności nie zapomnicie aż do śmierci. Gość to świętość. U nas zawsze, gdy ktoś przyjeżdżał, wiedzieli o tym wszyscy sąsiedzi. Gruzin nie pyta, czy jesteś głodny tylko zastawia stół. Być może musiał w tym celu pożyczyć pieniądze – nigdy się o tym nie dowiesz – ale stół powinien się uginać pod ciężarem dań. Może wziął urlop specjalnie dla was, ale o tym też wam nie powie”. Tak opowiadała mi Nino… Na naszego Gruzina trafiliśmy już w pociągu. Arcził to politolog z Tbilisi. Opanowany, małomówny – cechy podobno rzadkie w tym kraju. Ugościł nas jednak typowo po gruzińsku. Spędzał z nami całe dnie, ciągle uśmiechnięty opowiadał o osobliwościach…