Subskrybuj
Katarzyna Kasia fot. Adam Walanus
Katarzyna Kasia fot. Adam Walanus
Pisarka, dziennikarka, publicystka, współzałożycielka Fundacji „Kultura nie boli”. W Big Book Cafe koordynuje i spina w całość program literacki. Autorka książek Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Znaki szczególne, Pojutrze. O miastach przyszłości, Między walizkami....

Co się śni filozofce

Polaryzacja jest przereklamowana. Ciągle słyszę, jak się strasznie od siebie różnimy, a to się w ogóle nie potwierdza. Lubię rozmawiać ze wszystkimi. Ze sklepikarkami, z taksówkarzami. I wiem, że ludzie lubią mówić. Przy odrobinie zainteresowania bardzo się otwierają. Bo więcej nas łączy, niż dzieli.

O której dziś wstałaś?

Późno, o ósmej. Przez cztery lata we wtorki wstawałam o czwartej rano, żeby prowadzić audycję w radiu. To jest tortura. Na wakacjach znajomi namawiali mnie, żebyśmy obejrzeli razem wschód słońca. Odmówiłam, widziałam już wszystkie. Nie jestem typem rannego ptaszka, ale radio to najbardziej magiczne z mediów. Jest w nim szczególna relacja między mną mówiącą do mikrofonu a ludźmi słuchającymi. Radio na żywo wydaje mi się przestrzenią ważnego kontaktu i rodzajem moralnego zobowiązania.

To zobowiązanie nie działa na wizji?

W szklanym pudełku trudniej o poczucie więzi z odbiorcami. Dawno temu Grzegorz Miecugow powiedział mi, że telewizja jest głupsza niż radio. Dla wygłoszenia dwóch zdań trzeba się pół godziny malować, przebrać i siedzieć prosto, bo inaczej zamiast słuchać, wszyscy będą się zastanawiać: co jej się stało, czemu tak krzywo siedzi? A w radiu wchodzisz i mówisz najważniejsze. Jak dowiedli amerykańscy uczeni, wcale nie mamy podzielności uwagi. I jeśli się tylko słyszy, to słyszy się lepiej i więcej zapamiętuje.

A jednak pracę skończysz dziś po 22.00 w telewizji.

Tak. I to bywa trudna praca, gdy musimy przygotowywać program z tematów dramatycznych, ze zniszczeń i cierpień, wymyślić, jak mądrze na te zdarzenia zareagować. Jak w dniach po powodzi na przepięknym Dolnym Śląsku. Musieliśmy zdecydować, kogo pokazać – panią, która prosi o łopaty, czy pana, któremu zalało schronisko dla jeży. A widz atencję ma jedną. I krótką.

Media to w ogóle dobre miejsce dla filozofki? Są przecież powierzchowne, szybkie. Jesteś w nich, bo zagarnęły Ciebie i Twoją wiedzę, czy też z premedytacją próbujesz, niczym  dywersantka, przemycać mądrość?

Trochę tak, a trochę tak. Nie pamiętam życia bez mediów. Wcześnie zaczęłam w nich pracować. Do dziś zachowałam kwitek na pierwsze pieniądze, które zarobiłam. To był chyba 1988 r., a kwota dla dziecka niebanalna – 11 tys. zł, bo wtedy była dzika inflacja. Pracowałam w Polskim Radiu. Wspólnie z młodszym bratem Jankiem prowadziliśmy superfajny magazyn dla młodzieży Deskorolka.Byliśmy dziećmi z korytarza radiowego, bo rodzice jako filozofowie często wypowiadali się w mediach i nas ze sobą zabierali. Wykładowcy akademiccy nie mogli sobie pozwolić na nianię. Mili ludzie dokarmiali nas fasolką po bretońsku w bufetach radiowych. Dla rodziców media były oczywistym elementem życia intelektualistów. Uważali, że publikacje naukowe są ważne, ale trafiają do zbyt wąskiej grupy. A moralną powinnością osoby uczącej jest docieranie do jak najszerszego…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Szczęśliwego Nowego Jorku