Subskrybuj
Andrzej Muszyński i jego wózek Lut – nazwany tak na cześć pustyni w Iranie, trudno dziś dostępnej z powodów politycznych fot. Radek Czajkowski
Autor m.in. Podkrzywdzia i Bez. Ostatnio wydał Dom ojców, opowieść o uprawie ziemi i prehistorii. Mieszka w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

Tęsknota za prostotą

Odosobnienie hartuje umysł i ciało. Pustynia pozwala zrzucić starą skórę, niemal dosłownie. Dodaje wiary we własne siły. Przynosi ogromną satysfakcję, kiedy po wielu dniach staje się na mecie, po swojej jaśniejszej stronie

To jest trochę jak sen. Otwierasz oczy. Chyba jeszcze jest noc. Albo namiot przykryła warstwa śniegu. Raczej to drugie. Bo kapie na głowę. Tak, wystarczy strzepnąć go z tropiku namiotu, by do wnętrza wpadło nieco światła. Jest bardzo zimno, natychmiast puchówka. Byle wyjść ze śpiwora i rozgrzać ciało, nastawić kuchenkę. Uchylasz wejście. Jesteś na 5 tys. m n.p.m., na wysokogórskiej pustyni Altiplano. W Boliwii, ale to nie ma tu znaczenia. Przed tobą naga czerwona przestrzeń rozciągająca się na setki kilimetrów. Nasłuchujesz, jakby dźwięk odjeżdzającego dżipa, który wczoraj zostawił cię nieopodal, nie ulotnił się we śnie. To nie był mocny sen. Jak to bywa pierwszej nocy w głuszy. Oswajanie sprawy, czujność. Spokój przyjdzie za dwa, trzy dni.

W nocy stało się coś, czego się trochę bałeś. Śniegu miało nie być o tej porze roku. Śnieg to problemy. Wilgoć, chłód, grząski grunt. Lepiej się ciąg­­nie bagaż z zapasami żywności i wody po twardym. Może przeschnie. Żeby przejść pustynię, przez ostatnie dwa lata konstruowałeś specjalny wózek terenowy, z oponami i szprychami gotowymi znieść duże obciążenia. Jest w miarę lekki, waży 30 kg bez bagażu. Masz do tego szytą na miarę uprząż, która usprawnia wędrówkę, pracują wszystkie mięśnie. Jesteś blisko równika, a wokół jakby Alaska. Wulkany przykryła czapa świeżego opadu. Na zboczach wydaje się puszysty. Na kraterach przypomina lukier. Laguna śmierdzi. Przyszedłeś tu wczoraj, dysząc piewszego dnia na dużej wysokości.

Ziemia tu pęka, rozwiera się, tryska gejzerami. Ciszę zakłóca tylko jeden dźwięk. Jedyne ruchome stworzenie. Różowy flaming. Już go widzisz. Człapie w twoją stronę na środku laguny. Wydaje dźwięki, które w tej przestrzeni niosą się z wyrazistością, jakby miał przy dziobie uczepiony mikrofon. Gdzie wetknęli głośniki? Woda już się gotuje na kuchence benzynowej i bulgocze. Byle jej starczyło. Wody i benzyny. Jak nie, to będziemy myśleć. Ogólnie jest jeszcze tak sobie – lekka niepewność, rytuał przejścia widać przed tobą. Pewne jest jedno – na wózku jest za dużo rzeczy, głównie jedzenia. Cała reszta – 40 l wody, namiot, śpiwór – jest nie do ruszenia.

No więc już pierwszego dnia selekcja. Wyrzucamy nadmiar. Masz ze sobą oczywisty zbytek – choć łudziłeś się, że się przyda…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ile nas dzieli od szczęścia