Subskrybuj
Dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Od początku europejskiego kryzysu migracyjnego w 2014 r. zajmuje się głównie tematyką związaną z uchodźcami i migrantami. W latach 2005–2010 redaktor miesięcznika „Znak”.

Spóźnione wiadomości

Wiedza o terminie zamierzonej inwazji na Irak i świadomość tego, jak funkcjonują media, mogłyby jakiemuś drobnemu a wrednemu despocie z egzotycznego kraju znakomicie ułatwić zaplanowanie eksterminacji mniejszości etnicznej. Bo w czasie amerykańskiego ataku agencje informacyjne nie miałyby po prostu środków ludzkich, żeby się tym zajmować. Strasznie to brzmi, ale rzeczywiście tak media funkcjonują.

Czy dzięki mediom czuje się Pan dobrze poinformowany o tym, co się dzieje w świecie?

Chciałbym wiedzieć więcej, ale napotykam kilka barier. Choćby taką, że nie jestem w stanie wchłaniać informacji na temat wszystkiego, co się dzieje w świecie. Żyje nas na ziemi trochę ponad sześć miliardów i rozmaitych konfliktów, napięć i dramatów jest na całym globie nieskończone mrowie. Jednak sporo informacji trafia do publicznego obiegu. Przez wiele lat śledziłem brytyjski sposób informowania o wydarzeniach zagranicznych i na podstawie tych informacji jakiś obraz świata potrafiłem sobie budować. Ale, rzecz jasna, jesteśmy dzisiaj skazani na fragmentaryczność.

Idealnym odbiorcą i nadawcą programu dającego całościowy obraz wydarzeń mógłby być chyba tylko Pan Bóg. Ale zdaje się, że akurat On nie jest tym zajęciem zainteresowany…

Czy dominujące media elektroniczne, telewizja i Internet, są w stanie przekazać każdego dnia więcej niż wyrywkowy obraz planety?

Jako klient mediów zgadzam się na niekompletność obrazu i dlatego interesujących mnie wiadomości, których nie znajduję w popularnych serwisach, poszukuję na własną rękę.  Wybieram pewne witryny internetowe, którym ufam i które pozwalają mi śledzić wydarzenia w odległych częściach świata – zwłaszcza w krajach interesujących mnie szczególnie, takich jak Birma czy Indonezja. Informacje przedostają się do głównych serwisów dopiero wtedy, gdy stają się sprawami o naprawdę dużym zasięgu. Z kolei jako odbiorca najpowszechniejszych programów informacyjnych zakładam, że redakcje dbają o hierarchizację przekazu i podają faktycznie rzeczy ważne. Ale, oczywiście, ponieważ jako tako znam media od podszewki, czyli od strony produkcji, zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją  pewne pozamerytoryczne parametry wpływające na proces doboru wiadomości.

Czy ostatecznie mam poczucie, że docieram do rzeczy najważniejszych? Tak, chociaż o niektórych sprawach wszyscy dowiadujemy się z opóźnieniem. Na przykład problem w Darfurze* rozwijał się co najmniej od początków 2003 roku, aż wreszcie dziennikarze dotarli na miejsce, zobaczyli na własne oczy, co się dzieje, i zaczęli alarmować opinię publiczną. Ale to stało się dopiero wiosną roku 2004.

Z innej perspektywy

A przyjeżdżając do Polski, nie ma Pan poczucia, że wpada w czarną dziurę informacyjną?

Przyznaję, że w ostatnich latach odczuwam niedosyt. Długo pracowałem w instytucji, która specjalizowała się w informowaniu o sprawach międzynarodowych, od lat mieszkam na stałe w Wielkiej Brytanii, a to na pewno zmienia moją perspektywę. Odnoszę wrażenie, że polskie serwisy są wręcz przeładowane wydarzeniami krajowymi, które z perspektywy zagranicy wydają się wątpliwej wagi. Wystarczy wspomnieć, że polskie media nie tak dawno temu pasjonowały się aferami seksualnymi polityków z koalicji. Rozumiem, to jest nośne i dobrze się „sprzedaje”, odbiorcy chcą sensacji, ale próba ograniczenia obrazu świata do takich tylko zjawisk żenowała mnie, a podejrzewam, że nie byłem tutaj wyjątkiem.

Od lat 80. współtworzył Pan, później także wydawał, radiowy Reflektor…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Milczenie świata. Mass media wobec ludobójstwa