Miasto Phoenix w Arizonie nie wygląda na miejsce, które skrywa tajemnice. Jest na to zbyt jasne. Słońce bezlitośnie oświetla wszystko: rozgrzany asfalt, znaki drive thru, niskie beżowe budynki i nielicznych ludzi, przemykających szybko do samochodów. Miasto rozciąga się szeroko i przechodzi w pustynię. Tylko góra Camelback obserwuje wszystko z daleka: czerwona, sucha, niemal nierealna. Niedaleko stąd Scottsdale lśni jak małe Vegas, pełne eleganckich hoteli, restauracji i drogich galerii handlowych. Wokół uniwersytetu pojawia się zróżnicowana Ameryka: z jednej strony studenci z laptopami, a z drugiej – ludzie śpiący w cieniu: ciała zgięte pod wpływem narkotyków, fentanyl zamieniający chodniki w poczekalnie rozpaczy. Pomiędzy nimi jeżdżą samochody, niekończący się ruch, także aut bez kierowców (w Phoenix można już zamówić taksówkę autonomiczną). Central Ave, Grand Ave, a gdzieś indziej Indian School Road.
Na pierwszy rzut oka brzmi niemal neutralnie, jak wiele amerykańskich nazw dla obcego ucha. Droga, wskazówka GPS-u: skręć w prawo w Indian School. Jedź dalej przez dwie mile. Twój cel znajduje się po lewej stronie. Czy jeśli nazwa miejsca normalnieje, to łatwiej jest ukryć jego trudną przeszłość?
Tutaj, w miejscu, gdzie obecnie znajduje się Steele Indian School Park, stała Phoenix Indian School. Otwarta w 1891 r. jako Phoenix Indian Industrial School, zakończyła działanie dopiero w 1990 r. Dziewięćdziesiąt dziewięć lat. Wystarczająco długo, by kilka pokoleń rdzennych dzieci przeszło przez jej dormitoria, sale lekcyjne, kuchnie, boiska, musztry, kary, mundurki i wieloletnią ciszę.
Spaceruję tam z uśmiechniętą Patty. Jest niezwykle gorąco, to rodzaj upału, który sprawia, że każdy krok wydaje się bardzo trudny. Na szyi Patty: piękny naszyjnik z pająkiem. Dopiero później poznaję jego znaczenie: jej imię w języku ludu Hopi, Qotsak-ookyangw Mana, oznacza Dziewczynę Białego Pająka. Patty, która spędziła na tym dziedzińcu wiele dni swojego życia, nie zaczyna swojej opowieści od wielkich historii, ale mówi z podniesioną głową: – Rozdzielanie dzieci i rodziców jest zawsze złe, zawsze. A zwłaszcza wbrew woli rodziców. W jej głosie nie ma teatralnego gniewu. Nie próbuje nadać temu zdaniu większej wagi, niż ma ono w rzeczywistości. Mówi jak o czymś oczywistym, czego nie trzeba i nie powinno się wyjaśniać. A przecież Ameryka zbudowała cały system szkolny w oparciu o dokładnie przeciwną wizję: że dzieci rdzennych mieszkańców można dla ich…