W zimowe poranki piję kawę z glinianego kubka, który od lat dobrze zna moją dłoń. Kiedy przechylam go w stronę okna, cienka ryska pod uchwytem odbija światło i wygląda jak zagojona blizna. Kupiliśmy go na długo przed tym, jak żołnierze bez insygniów zajęli Krym. Razem z moją rodziną byliśmy wtedy tylko podróżnikami z dziećmi, jeżdżącymi serpentynami do miejsc takich jak Bakczysaraj. W małej pracowni niedaleko Pałacu Chanów nowo poznana Ayşe pokazała naszej córce, jak rodzi się gliniane naczynie: kciuk tutaj, dłoń tam, a potem nacisnąć i podnieść. Pamiętam, jak powiedziała, że w kubku z historią napój smakuje lepiej. Wyjechaliśmy od niej z kubkiem i obietnicą, że wkrótce na Krym wrócimy. Kubek pozostał moim codziennym towarzyszem.
Krym był wyjątkowym miejscem na naszej mapie podróży. Przyglądając się morzu z malowniczych klifów, podjęliśmy wtedy decyzję o powiększeniu naszej rodziny. Poznając nowych ludzi i będąc nieustannie zapraszanymi do ich domów, obiecaliśmy sobie także, że w naszym przyszłym domu będziemy tak samo gościnni jak oni. Na naszym blogu podróżniczym pisaliśmy wówczas o „uroku Krymu”. Nie zapisywaliśmy biurokratycznych słów, które później miały wpłynąć na życie wszystkich tam poznanych: „ponowna rejestracja”, „ekstremizm”, „paszportyzacja”.
Kilkanaście lat później to te słowa głównie opisują to miejsce, szczególnie w raportach Amnesty International i różnych misji ONZ.
Lenije Umerowa miała 16 lat, kiedy Rosja zajęła Krym w 2014 r. Ukrainka i Tatarka krymska, córka rodziny, która już raz w historii powróciła z wygnania. Od 2015 r. studiowała i pracowała w Kijowie, a jej rodzice zostali w Eupatorii. Pod koniec 2022 r., kiedy stan zdrowia jej ojca pogorszył się z powodu raka, wybrała jedyną drogę na Krym, która pozostała Ukraińcom – ryzykowną okrężną trasę przez punkt kontrolny Werchnij Lars na granicy rosyjsko-gruzińskiej. Gdy ruszyła tę w podróż, miała 24 lata. Ukraiński paszport,…