Aby dotrzeć na daleką północ Ghany z nadmorskiej stolicy Akry, trzeba przez 20 długich godzin przedzierać się przez zakorkowane drogi. Tamtego dnia upał był nie do zniesienia, temperatury na północy sięgają nawet 43°C. Z głośników autobusu rozbrzmiewała ogłuszająca muzyka afrobeats. Jedna piosenka, z refrenem, który do dziś dudni mi w uszach, leciała w kółko. Gapiłam się przez okno, godzinami nie mogąc oderwać wzroku od trotros, lokalnych minibusów mknących obok nas.
Są jak ruchome murale, eksplozje koloru dające świadectwowiary i codziennych zmagań: od haseł „God Is In Control” i „Money Stops Nonsense”, przez „Fear Woman”, aż po prowokacyjne „Try Me”. Po części środek transportu, po części uliczny teatr, pędzą z pękniętymi deskami rozdzielczymi i dudniącym basem. Ich naganiacze, zwani mates, zwisają z otwartych drzwi i rytmicznie wykrzykują nazwy miejsc, jakby prowadzili sceniczny występ. Trotros to coś więcej niż transport – to pulsująca miniatura ducha Ghany: chaotyczna, pełna wiary i nieustannie w ruchu.
Na zewnątrz ponad 40°C. W środku – może 17. Klimatyzacja działała bez zarzutu. A ja, od zawsze, nienawidzę klimatyzacji. Zwłaszcza przy częstym wsiadaniu i wysiadaniu. Byłam jednak jedyną osobą spoza Afryki Zachodniej i jedyną, której to przeszkadzało. Milczałam więc.
Pod koniec podróży wymamrotałam pod nosem: „Cholerna klimatyzacja”. I dokładnie w tym momencie coś eksplodowało. Pojawił się dym. Zapadła cisza. Klimatyzacja przestała działać. Wszyscy w autobusie spojrzeli na mnie, jakby zobaczyli… czarownicę.
W końcu jechaliśmy do Gambagi, najsłynniejszego w Ghanie „obozu czarownic”.
Najstarszy obóz czarownic
W porannej ciszy Gambagi dym z ognisk unosi się powoli, wijąc się nad okrągłymi chatami z gliny. Suchy wiatr harmattan szepcze wśród łusek prosa porozrzucanych na ziemi.
Pierwsza kobieta, którą widzę, siedzi po turecku na zakurzonej ziemi i mieli kukurydzę, uderzając kamieniem w stałym rytmie. Zużyta bransoletka na jej kostce stuka o twardą ziemię, trochę jak ciche bicie serca. Tuż obok niej inna kobieta siedzi samotnie, wpatrując się w pustkę, z opuchniętymi stopami wyciągniętymi przed siebie. Kilka innych zbiera się w małych grupach: ich głosy unoszą się i opadają jak powiew wiatru. Niektóre są niewidome, wiele z nich nosi w sobie głębokie zranienia: fizyczne lub inne. Ich dłonie są zmęczone, przepracowane, a…