To było lata temu, ale pamiętam jak dziś: dyskusja panelowa, ja i trzech panów. Rozmawialiśmy o demokracji. A właściwie mówił jeden pan, przez 90% czasu: skupiał się głównie na wątku pluralizmu. Ironię sytuacji zdawali się widzieć wszyscy poza nim samym.
Dotkliwa i komiczna bywa ta niespójność – w jedno oficjalnie wierzę, a drugie praktykuję. I to jest mocno związane z czymś, co nazwę „ustrojem wewnętrznym”.
Spośród wielu możliwych „wewnętrznych ustrojów” wybrałam przeciwstawne: dyktaturę i, jak łatwo zgadnąć, demokrację.
Napięcie
Jeśli żyję w stanie wewnętrznej dyktatury, podstawową cechą mojej codzienności jest napięcie: naprężona lina, której w żadnym razie nie wolno puścić, bo wszystko runie. Lina rozpięta jest pomiędzy inwigilującym a inwigilowanym, kontrolującym a kontrolowanym, tym, który budzi przestrach, i tym, który żyje w przestrachu. To, co niezgodne z linią, jest osadzane w więzieniach, zsyłane do obozów pracy. Wszędzie wiszą kamery, które sam zamontowałem. Wewnętrzny cenzor pochyla głowę nad kartkami pełnymi skreśleń. Chłodnym wzrokiem penetruję wszystkie swoje poczynania. Penetruję swoje myśli w poszukiwaniu, jak pisał Orwell, myślozbrodni. Głos dyktatora płynie z megafonów na przystankach tramwajowych, w miejscach pracy i wypoczynku (chociaż przecież…