Dekret o rozwiązaniu Górskiego Karabachu podpisał pod koniec września Samwel Szahramanian, prezydent samozwańczej republiki. Szahramanian nie miał wyboru: w obliczu azerbejdżańskiej ofensywy i blokady korytarza laczyńskiego (jedynej drogi łączącej parapaństwo z Armenią, nazywanej „drogą życia”) Karabach nie mógł dłużej się bronić. Parapaństwo bez wojsk, nowoczesnego sprzętu bojowego i międzynarodowych protektorów było sparaliżowane. Obecnie Armeńczycy oddają swoje bazy wojskowe i są rozbrajani przez Azerbejdżan. 1 stycznia 2024 r. wszystkie struktury samozwańczej republiki ulegną rozwiązaniu, Baku i Erywań – pod kuratelą Rosji – uzgadniają szczegóły tego procesu.
Przez ostatnie trzy dekady do Karabachu wjechać można było z terytorium Armenii (wystarczyła wiza kupiona w ambasadzie parapaństwa w Erywaniu). Kilkakrotnie do niego podróżowałam. Z azerbejdżańskim spojrzeniem na konflikt miałam możliwość zapoznać się jedynie w Baku, wysłuchując wspomnień emigrantów. Każde było przesycone bólem. Moi ormiańscy przyjaciele (wielu z nich walczyło w I wojnie karabaskiej przypadającej na lata 1988–1994) mówili o Karabachu z nutą patetyzmu. Stwierdzali: „Jeśli chcesz zobaczyć miejsce, w którym mieszka Pan Bóg, jedź do Górskiego Karabachu”. Zapewniali, że różni się ono od wszystkich górskich kurortów w Europie, a nawet Azji. Uważali je za mistyczne. Nie mylili się.
Tu się żyje prawdziwie
Podróż z Erywania do Karabachu to podróż do innego świata. Dystans nie jest duży, można by go pokonać w ok. 3 godz., gdyby droga nie prowadziła przez serpentyny, na których auto musi zwalniać. Miejscami szosa jest tak wąska, że samochód z trudem się na niej mieści, a autobusy ledwie wyrabiają na zakrętach. Wydaje się, że za chwilę ich tylne koła osuną się w przepaść. Z każdym przebytym kilometrem…