Barbara Imiołczyk i Tadeusz Zieliński, twórcy inicjatywy Nie(zapomniane) cmentarze, w rozmowie z Dominiką Klimek.
Czym właściwie jest cmentarz?
Barbara Imiołczyk: Dla nas cmentarzem jest miejsce, gdzie spoczywają szczątki ludzi. I pozostaje nim, dopóki nie są one ekshumowane. Bez względu na to, czy jest ogrodzony czy nie, czy są na nim nagrobki i ktoś o niego dba, czy jest zapuszczony i zaśmiecony.
Tadeusz Zieliński: Nasza definicja jest tak szeroka, ponieważ zależy nam na ochronie wszystkich nekropolii. Jednocześnie pracujemy nad ustawą w tym zakresie, żeby to szersze podejście, wrażliwe, bardziej empatyczne, mogło znaleźć odzwierciedlenie w porządku prawnym.
BI: Za naszymi działaniami stoi przekonanie, że godność należy się człowiekowi również po śmierci. „Godność nie umiera” – tak brzmi hasło naszej akcji.
Jakie cmentarze bywają (nie)zapomniane?
BI: Są związki wyznaniowe i religie, które szanują fakt złożenia ciała do ziemi, natomiast nie upamiętniają miejsca pochówku w trwały sposób, po wsze czasy. Na przykład znakiem staroobrzędowców był tylko drewniany krzyż, który stał, dopóki się nie rozpadł. Dlatego niektóre ich cmentarze są uznawane przez władze administracyjne za nieistniejące. A przecież to w dalszym ciągu cmentarze, mimo że na powierzchni nie ma żadnych oznak spoczynku ludzi.
TZ:Po II wojnie światowej przez wiele dziesięcioleci na część cmentarzy w ogóle nie zwracano uwagi. Począwszy od grobów żydowskich, o których nie miał kto pamiętać z uwagi na Holokaust. Rodziny zostały wymordowane, spadkobierców nie było. Część cmentarzy żydowskich została wcześniej zniszczona intencjonalnie przez niemieckich nazistów. Zniszczeń dokonywano też później, w okresie powojennym. W latach 60. władze komunistyczne przeprowadziły akcję usuwania wszystkiego, co nie kojarzyło się z wąsko pojętą polskością. Temu procesowi podlegały też cmentarze niemieckie, w szczególności ewangelickie. Niszczono je celowo, wywożono nagrobki, likwidowano ogrodzenia, dokonywano na nich aktów wandalizmu. Oczywiście nie przeciwdziałano też ich zarastaniu. Później pojawili się ludzie, którzy byli gotowi…