Subskrybuj
fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Publikowała m.in. w „Res Publice Nowej”, „Opcjach”, „Nowej Dekadzie Krakowskiej” i na portalu „Popmoderna”. Interesuje się problemem reprezentacji traumy poholokaustowej i estetyzacją śmierci. Nie stroni od popkultury.

W kulinarno-kulturowym garnku kipi

Nie wyobrażam sobie, żeby owady w najbliższych latach zaburzyły sacrum kolacji wigilijnej czy śniadania wielkanocnego. Ale być może staną się rodzajem przekąski, może wejdą do menu weselnego, które jest mniej konserwatywne niż menu świąteczne?

Naukowcy wiedzą już, kiedy będziemy musieli przeprowadzić rewolucję w sposobie odżywiania?

Rewolucja to chyba wciąż za mocne słowo, choć są na świecie miejsca, nie tylko w sensie geograficznym, ale też społeczno-strukturalnym, gdzie rzeczywiście nią pachnie. Polska jeszcze do nich nie należy, przynajmniej według danych statystycznych. Z badań wynika bowiem, że jesteśmy dość mocno przywiązani do tradycyjnych sposobów jedzenia, zapożyczonych od poprzednich pokoleń, przede wszystkim od rodziców. Gdy spojrzymy z lotu ptaka na Polaków, dominować będzie konserwatyzm żywieniowy, przywiązanie do zwyczaju i opór przed zmianą. Oczywiście są grupy społeczne, które odcinają się od przeszłości i próbują redefiniować konkretne potrawy czy przepisy, rytmy jedzenia oraz to, czym w ogóle jedzenie dla nich jest, jakie kryteria powinno spełniać.

Tymczasem zmiany, i to gwałtowne, mogą przyjść z zewnątrz – myślę tu przede wszystkim o czynnikach środowiskowych – i wymusić na nas nowe zachowania związane z jedzeniem, np. konieczność mocnego ograniczenia spożycia mięsa lub całkowitą z niego rezygnację. Hodowla bydła pochłania olbrzymie ilości wody, a już w 2015 r. Światowe Forum Ekonomiczne uznało niewystarczające jej zasoby za największe globalne zagrożenie kolejnego dziesięciolecia. Wszyscy zostaniemy wegetarianami z konieczności?

Być może będziemy zmuszeni zrezygnować z mięsa, a niewykluczone, że po prostu będziemy chcieli to zrobić. Niewielka część z nas przeszła już na wegetarianizm, inni ograniczają spożycie mięsa, swoją decyzję sytuując w tzw. świadomości konsumenckiej, postawach ekologicznych. Zmieniając dietę oddolnie, wywieramy nacisk na producentów, którzy muszą szukać alternatyw dla mięsa, co już zresztą się dzieje. Produkty roślinne stały się dostępne nie tylko w niszowych sklepach ekologicznych czy wyspecjalizowanych restauracjach, ale też w dyskontach i supermarketach. To efekt procesów rynkowych: jeżeli popyt na takie smaki i składniki rośnie, zaczynają się prędzej czy później pojawiać w sprzedaży, a ich dostępność się zwiększa. Nawet producenci, którzy specjalizowali się w mięsnych produktach, zaczynają poszerzać ofertę, zmieniać składy oferowanych artykułów spożywczych, dociera do nich, że przynajmniej częściowe przestawienie się na rośliny będzie najprawdopodobniej koniecznością.

Mówimy teraz o procesach oddolnych, opartych na popycie, ale pojawią się również  procesy odgórne, czyli zmiany w prawodawstwie dotyczące rozmaitych obszarów systemów żywieniowych i nowe wymogi nakładane na producentów czy dystrybutorów żywności. Jako społeczeństwo możemy być niegotowi na tak dużą zmianę i wciąż będziemy wybierać produkty według konserwatywnego czy nawykowego klucza. Lecz już wkrótce nawet mięso będzie musiało być produkowane w określony, zrównoważony, oszczędzający zasoby sposób. Te zasady dotyczyć będą też opakowań i dystrybucji. Zmiana będzie więc przebiegać dwutorowo.

Sprawę utrudnić może nieco fakt, że jedzenie lub niejedzenie mięsa jest wciąż ideologicznie obarczone: pierwsza postawa kojarzy się z tradycyjnym podejściem do życia, druga z liberalizmem, postępowością. Dlaczego tak trudno zrezygnować nam z symbolicznego kotleta?

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jedzenie przyszłości