Zacznijmy od pana Sommera. „W promieniu co najmniej sześćdziesięciu kilometrów wokół jeziora nie było nikogo – mężczyzny, kobiety, dziecka, ba, nawet psa – kto by nie znał pana Sommera, ponieważ pan Sommer nieustannie znajdował się w drodze. Pan Sommer od wczesnego ranka do późnego wieczoru przemierzał okolicę. Nie było dnia w roku, żeby pan Sommer nie wyruszył w drogę. Mógł sypać śnieg albo walić grad, mogło grzmieć albo lać jak z cebra, słońce mogło prażyć, orkan nadciągać – pan Sommer wędrował” (P. Süskind, Historia pana Sommera, tłum. M. Łukasiewicz, Warszawa 2006, s. 16).
Bohater powieści Patricka Süskinda, zaopatrzony przez ilustratora Jean-Jacques’a Sempégo w płaszcz i sękaty kij, nie próbował dotrzeć do źródeł Amazonki ani nie forsował nowych dróg w ścianach himalajskich ośmiotysięczników. Nie opływał globu i nie podbijał biegunów. Za to – tylko tyle i aż tyle – cały czas był w ruchu. Oto bowiem klucz do zrozumienia fenomenu wędrówki, zwłaszcza dziś, kiedy wydaje się nam, że efektowne fotki z wakacji czynią z nas i naszych ziomków podróżników na miarę Vasco da Gamy. Zarazem odkrywców nieznanych światów i uczestników najatrakcyjniejszych egzotariów, które poleca się nam w przewodnikach. Rzecz jasna, „dedykowanych” specjalnie dla samotnych backpackerów spragnionych wrażeń niedostępnych pospólstwu.
Wśród podróżniczych bestsellerów („spersonalizowanych” z myślą o najwybredniejszych globtroterskich gustach), które zalegają w co drugim supermarkecie, trudno o refleksję, po co właściwie mamy się gdziekolwiek wyprawiać i z czym się to wiąże.
Przyzwyczailiśmy się, że wielcy podróżnicy z pierwszych stron gazet pieczołowicie opisują nam najdalsze zakątki świata, a najczęściej nie znają dobrze dzielnicy miasta, w którym na co dzień mieszkają.
Dziarscy reporterzy wożą się taryfami i myślą, że posiedli magiczną wiedzę o rzeczywistości. Podstawowym celem współczesnego wędrowca stało się, by zobaczyć coś na własne oczy, zaś jego atrybuty to samolot i…