Pani książka Odwaga i strach rozpoczyna się od daty 18 września 1939 r. Ten moment skupia jak w soczewce kilka ważnych wydarzeń, krzyżuje losy bohaterów i bohaterek oraz miejsca, do których „odwiedzenia” zaprasza Pani czytelników i czytelniczki. Dlaczego ta data jest tak istotna?
Urodziła się wtedy moja mama – to początek mojej prywatnej historii, którą traktuję jako punkt wyjścia do opowiedzenia o lwowskich relacjach. Myślę jednak o tej dacie jak o momencie, w którym na połowie terytorium II Rzeczypospolitej wszystko się zmieniło. Zależało mi na tym, by pokazać skomplikowane losy mieszkańców wschodniej części kraju po wkroczeniu Armii Czerwonej, nie tylko z perspektywy polskiej, prezentowanej np. we Wspomnieniach wojennych Karoliny Lanckorońskiej. Chciałam wyjść poza tradycyjną polską opowieść o Lwowie, o – kolejno – zajęciu miasta przez Armię Czerwoną, aresztowaniach, wywózkach, deportacjach, np. do Kazachstanu… Interesowały mnie losy lwowian, nie tylko Polaków. Dlatego piszę o 18 września 1939 r. m.in. z perspektywy jednej z moich bohaterek – Frydy (Ireny) Lille, pierwszej lwowskiej hematolożki. Jej historia zdaje się niezwykła – pochodziła z biednej żydowskiej rodziny, zdobyła wykształcenie, pozycję w świecie nauki, choć jak wiadomo, lata 30. nie sprzyjały karierze naukowej osób innego pochodzenia niż polskie. Wskutek narastającej fali antysemityzmu Lille musiała zrezygnować z pracy w klinice dziecięcej, utrzymywała się z prywatnego laboratorium analiz. Podobnie jak absolutnie wybitny mikrobiolog i filozof nauki Ludwik Fleck, który także – mimo wielkich osiągnięć – musiał porzucić uniwersytet.
Wykorzystanie tej daty to zabieg skracający dystans między piszącą a czytelnikami i czytelniczkami. Nie otwierałam nią wszystkich rozdziałów, to byłoby zbyt tanim chwytem. Najbardziej zależało mi na tym, by zwrócić uwagę, że wielka historia jest tuż obok nas, na wyciągnięcie ręki. Czasem wystarczy odrobinę zmienić perspektywę, by zobaczyć coś więcej poza własnym bólem i traumą.
…