Tak jak w zdaniu opisującym kalkulację strat żołnierzy podczas bitwy pod Verdun: według jednych źródeł zginęło tam prawie 700 tys. żołnierzy, a według innych liczba ta była jednak bliżej 800 tys. martwych. W pewnym sensie nie widzę w tym różnicy. W języku naukowych książek historycznych panuje bowiem niezbędny i nieznośnie profesjonalny dystans, taki jaki był na twarzach generałów przesuwających na makiecie frontu małe klocki oddziałów, a większe – dywizji. 100 czy 200 tys. są liczbami tak ogromnymi, że aż niewyobrażalnymi dla kogoś, dla kogo jedna zabita w wojnie osoba to już za dużo. A jak to przeżywać i co myśleć, gdy będzie to dotyczyło nie ludzi, ale zwierząt albo inaczej: naszych niewinnych przyjaciół? Czy w ogóle stać nas będzie na coś więcej, kiedy nie umiemy płakać, myśląc o ludziach?
Wspomnienia wojnyRozmawiałam niedawno z ponad 80-letnim człowiekiem, który jako dziecko przeżył sowiecki nalot i atak na ludność cywilną pod Wołominem. Szli drogą, szły też konie, psy i kury, nagle samolot zniżył się i zaczął do wszystkich strzelać. Pocisk odciął koniowi głowę. Jego kadłub…