Urszula Pieczek: Wielokrotnie podkreśla Pan, że Ukraińców i Polaków łączy wszystko – poza historią. Które wydarzenia z XX-wiecznej historii, a ściślej: z okresu 1943–1947, najbardziej nas różnią?
Grzegorz Motyka: W relacjach polsko-ukraińskich to stwierdzenie dobrze oddawało rzeczywistość roku 1991. Dziś powiem inaczej – z punktu widzenia politycznego nie dzieli nas nic poza wydarzeniami określanymi hasłowo jako Wołyń 1943. Pomiędzy polską i ukraińską opinią publiczną, Polską i Ukrainą, elitami politycznymi rządzącymi krajami rysuje się bardzo poważna różnica poglądów i wizji tego, co się wówczas stało i jak obecnie należy rozwiązać ten problem z przeszłości.
Jak zatem różnimy się w pamiętaniu o wydarzeniach wołyńskich? W Polsce ta pamięć jest bardzo silna (zwłaszcza w pierwszej połowie lipca każdego roku), natomiast na Ukrainie często słyszy się, że w przypadku rzezi wołyńskiej w społeczeństwie ukraińskim następuje afazja – tego sformułowania używa chociażby Jarosław Hrycak. Czy na takiej opozycji – symetrycznym pamiętaniu i niepamiętaniu – można zasadzać główną oś sporu?Dla Polaków zbrodnia wołyńsko-galicyjska była jednym z najkrwawszych momentów II wojny światowej. Przypomnę tylko, że „antypolska akcja” OUN-B i UPA to czystka zakładająca wypędzenie lub wymordowanie ponad 1,5 mln Polaków, z których ok. 100 tys. zostało wymordowanych, a 300–400 tys. wypędzonych. Kolejne 800 tys. Polaków wysiedlili komuniści z polecenia Stalina. Pamięć o tych wydarzeniach jest bardzo silna w rodzinach poszkodowanych. Na Ukrainie ta wiedza była mała. Jednak odnoszę wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku lat stwierdzenie, że społeczeństwo ukraińskie nic na ten temat nie wie, po pierwsze, nie jest do końca prawdziwe, a po drugie, staje się coraz częściej wytrychem, by uznać, że o sprawie lepiej nie mówić. To sformułowanie było adekwatne do roku 2003, do 60. rocznicy rzezi wołyńskiej, kiedy przez Ukrainę…