Grzegorz Strzelczyk: Na miłość bez wątpienia można spojrzeć zarówno z perspektywy biologii, jak i religii. W języku i jednej, i drugiej istnieje jednak zagrożenie zubożenia jej fenomenu. Redukcji do poziomu, w którym dany język czuje się najbardziej komfortowo…
Jerzy Vetulani: Z biologicznego punktu widzenia miłość niewątpliwie ogłupia. Gdy bada się, jak wyglądają u samic szczurów kolce synaptyczne na neuronach hipokampa – a na ich podstawie można ocenić, jak duża jest „intelektualna” (w przypadku szczurów powiemy: „poznawcza”) aktywność mózgu – to w czasie rui ich liczba spada. Szczurzyca nie jest wówczas zajęta myśleniem. Potwierdzałyby to badania robione również u ludzi. Sprawdzano np., jak wygląda aktywność mózgu w przypadku miłości romantycznej i macierzyńskiej, pokazywano dziewczynie zdjęcie jej przyjaciela, a matce fotografię jej małego dziecka. Okazało się, że pewne części mózgu były aktywne tak samo mocno – te odpowiedzialne za emocje, jądra migdałowate czy kora wyspowa. Natomiast jeśli przy miłości macierzyńskiej aktywowały się również pewne miejsca w korze związane z właściwościami kognitywnymi, to pozostawały one zupełnie ciemne przy miłości romantycznej – w jej przypadku po prostu przestajemy racjonalnie myśleć.
Właśnie wskazał Pan, jak się zdaje, poziom, na którym język biologicznego opisu jest u siebie. Natomiast w religii miłość można nadmiernie wyidealizować, zupełnie wyabstrahować od biologicznych uwarunkowań. Co z kolei może prowadzić do sytuacji, w której ten abstrakcyjnie skonstruowany ideał jawić się będzie jako nieosiągalny w praktyce. Jeśli zaś nikt nie będzie w stanie go osiągnąć, to z czasem coraz więcej osób przestanie nawet podejmować próby. Tak ideał może stracić wpływ na realne życie.
To, co już powiedzieliśmy, ma bardzo ciekawe przełożenie socjologiczne – które małżeństwa są bardziej trwałe: aranżowane, czyli racjonalne, czy te z miłości, ideału? Współcześnie te pierwsze uważamy za rzecz ohydną, ale np. moja prababcia pozostawiła po sobie bardzo ciekawe pamiętniki, które zaczęła pisać jako nastolatka. Rozpoczynają się od tego, że chłopi spalili jej dwór i ona musiała uciekać, z trudem uniknęła śmierci. Dwór uległ zniszczeniu więc jej ojciec został dzierżawcą Rusocic. Gdy zmarł, okazało się, że folwark jest bardzo zadłużony, zjawiali się Żydzi z wekslami, żądając pieniędzy. Prababcia miała wówczas dość bogatego absztyfikanta z Litwy – szlachcica, którego zupełnie jednak nie kochała. Zdecydowała, że dla ratowania majątku wyjdzie za niego, choć widziała go wcześniej ledwie osiem razy, i wówczas w jej pamiętniku (wydanym zresztą w postaci książki pt. Kapitan i dwie panny) pojawia się 25 maja 1860 r. wpis zupełnie dramatyczny: „Dzień 21…