Na stole leżą hummus, jogurt z czarnuszką i oliwą, placki pita. Wokół siedzą Mohamad i Rabha z dziećmi – Liną, Aminem i najstarszą córką Lamą. W Polsce są od 4 miesięcy. Starają się podtrzymać drobne zwyczaje z Syrii. Kilka razy dziennie obowiązkowo w ruch idzie herbata z cukrem. Ta polska może nie taka – torebki zanurzone w kubkach z ciemnego szkła nijak nie przypominają aromatycznego napoju w małych przezroczystych szklaneczkach. Jednak nie to przeszkadza najbardziej rodzinie. W ośrodku dla uchodźców w Dębaku (27 km od Warszawy) są jedynymi Arabami. Wokół Czeczeni i Gruzini, ich najwięcej stara się o azyl. Rodzina Syryjczyków nie zna angielskiego. Najstarsza, dziewiętnastoletnia Lama powie hello i goodbye, Mohamadowi plącze się kilka słów po czesku z czasów, gdy pracował na budowie w Brnie. Na dokładkę dorzuci dwa zwroty po rosyjsku podłapane od Czeczenów. Do rozmów z personelem ośrodka lub lekarzem nie wystarczy. Na lekcje polskiego nie ma co iść, bo prowadzone są po rosyjsku lub angielsku. Lama zapisała się na kurs w Warszawie, tam uczą po arabsku. – Niedługo stanę się nauczycielką dla całej rodziny – mówi.
DomNajstarszy syn Mohamada i Rabhy ożenił się niedawno z Polką i przysłał rodzinie zaproszenie. Przyjechali wszyscy na początku 2013 r. Odwiedzili syna w Krakowie i po kilku dniach pojechali do Warszawy…