Wszelkie futurologiczne rozważania cieszą się zasłużenie złą sławą, bo bardzo rzadko udawało się komuś trafnie przewidzieć przyszłość. Szef amerykańskiego urzędu patentowego bodajże w 1886 roku ogłosił, że ludzkość już nic więcej nie wynajdzie, bowiem wszystkie najważniejsze odkrycia zostały już poczynione. Z drugiej strony zdarzają się geniusze. Za największego wizjonera w XX wieku uważam Aldousa Huxleya, który w Nowym wspaniałym świecie przewidział kierunek, w jakim będzie zmierzać świat. Jego intuicje kontynuował Guy Debord, autor znakomitego Społeczeństwa spektaklu, który niczym Archimedes odkrył dwa prawa społeczeństwa spektaklu, w którym żyjemy: „co się ukazuje jest dobre; a co jest dobre, ukazuje się” [1].
Z ich wizji wyłania się obraz formy sprawowania władzy, której właściwie nie można się sprzeciwić. Ona jest tak szczelna i tak przemyślnie skonstruowana, że nie da się uzyskać wglądu w jakikolwiek aspekt funkcjonowania rzeczywistości. Zwolennik spiskowych teorii dziejów będzie w tym wypadku mówił o jakimś sprzysiężeniu, ale można równie dobrze powiedzieć, że stopień komplikacji współczesnego świata jest tak znaczny, że po prostu nie da się ogarnąć wszystkich wpływających na nas czynników. To właśnie Debord powiedział, że żyjemy w takiej rzeczywistości, w której „nie można już wierzyć nikomu w niczym, czego nie doświadczyło się samemu, i to bezpośrednio”[2]. A przecież nie mamy możliwości, by samodzielnie i niezależnie zweryfikować wiedzę na temat tego, jak wyglądało powstanie tamilskich tygrysów, jak doszło do zamachu na WTC, dlaczego właściwie mamy dziś kryzys i czy to istotnie jest kryzys. Kiedy czytamy, że jakiś bank jest zagrożony, to nie wiemy, czy tak jest naprawdę, czy też ktoś na tej informacji spekuluje… A zatem jednostka ma coraz mniejszą…