Subskrybuj
(fot. Metropolitan Museum of Art)
Dziennikarka, pisze o codzienności. Szczególnie interesują ją tematy związane z przytomnym uczestniczeniem we współczesnej kulturze konsumpcyjnej. Jest autorką m.in. dwóch reporterskich książek Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków (2014) i Na marne (2019). Aktualnie pracuje nad książką o prawie...

Moje zmęczenie nie jest tylko moje

Choć może się wydawać, że nigdy nie byliśmy tak zmęczeni jak obecnie, „wyczerpanie” nie jest nowym terminem – pojawia się regularnie, pod różnymi nazwami, odkąd ludzkość obserwuje własną kondycję. Zmieniają się jedynie winni.

Tym razem miało być inaczej. Obiecałam sobie, że nie dojdę do miejsca, w którym będę marzyć wyłącznie o tym, żeby położyć głowę na klawiaturze i zasnąć. Jest któryś z kolei tydzień, na wyłożonym kostką dziedzińcu śmieciarka opróżnia kontenery z gruzem, sąsiad z ósmego podłączył właśnie gitarę do pieca, przez kanał wentylacyjny wciska się zapach cudzego obiadu. Słońce odbija się od białej ściany budynku naprzeciwko. Jedyne, o czym myślę, to by położyć głowę na klawiaturze i zasnąć, bo gdy nie idzie mi pisanie, nie idzie mi niemal nic. To pewnie przez wiek, porę dnia albo roku, ilość wytłuczonych na klawiaturze liter – myślę zazwyczaj, gdy mi nie idzie. Nie takie ciśnienie atmosferyczne, nie ta faza cyklu, za mało snu albo zbyt poszarpany. Przez wiele lat wydaje mi się, że moje zmęczenie jest wyłącznie moje i tylko ja jestem w stanie coś z nim zrobić. Wszystkim innym przecież idzie; wystarczy, że otworzą komputer. Samo płynie. Ostatnio internet mówi, że moje zmęczenie jest obecnie, owszem, częścią kolektywnego doświadczenia, ale wciąż jest moje. W mych rękach spoczywa odpowiedzialność za to, żeby coś z nim zrobić. Powinnam patrzeć w dal, koniecznie liściastą, a nie fiksować wzrok na ścianie po drugiej stronie biurka. Powinnam spacerować; 10 tys. kroków dziennie sprzyja zdaniom wielokrotnie złożonym, pozwala też cyzelować puenty. Powinnam tłumić szkodliwe bodźce i starannie dobierać te, które odżywiają umysł: świetnie sprawdza się szmer płynącej wody, łoskot ciężarówki wywożącej gruz z osiedlowego śmietnika – już niekoniecznie. Mogę też zainwestować w rolety, które odetną mnie od wybrakowanej nocy, kolejnego czynnika wpływającego na poziom energii, oraz oczyszczacz powietrza, żeby doprowadzić je do odpowiedniego stanu (PM 2,5 oraz lotne związki organiczne też potęgują poczucie zmęczenia). Wreszcie – spotykać się z ludźmi w wymiarze 3D, a nie przez Zooma, dotykać, ale tak żeby się przypadkiem nie dotknąć, bo tłok w prywatnej strefie podbija przecież kortyzol, ponadto jest pandemia. No i dbać o dopaminową równowagę; bo przecież robię to też sobie sama, szprycując się nią co i rusz. Gdy grzęznę w kolejnym akapicie tego tekstu, jakoś tak samo znosi mnie w stronę czynności, które przynoszą szybką radość. Składam wyschnięte pranie, kroję włoszczyznę na zupę, czytam synom Sekrety hotelu Winterhouse, patrzę, jak Mads Mikkelsen elastycznie ugina kolana, jeszcze Messenger, Gmail, cała lista spraw, które przestają być niewygodne, gdy można je wykonać zamiast. Seria małych spełnień przynoszących natychmiastowy efekt….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ucieczka od przebodźcowania