Zbliżenie środowisk inteligencji katolickiej i lewicowych opozycjonistów w latach 70. i 80. ubiegłego wieku nie byłoby zapewne możliwe, gdyby nie gruntowna praca intelektualna wykonana w latach 60. Odwołując się do idei II Soboru Watykańskiego, elity katolickie budowały wizję Kościoła otwartego, gotowego do dialogu ze światem. W środowisku rewizjonistów dojrzewała zaś świadomość buntu wobec istniejącego ustroju.
Gdyby powiedziała Pani wielu moim kolegom, że tworzyli opozycję lewicową, to najprawdopodobniej by się oburzyli. W gruncie rzeczy, wśród opozycji lat 70. nie było wyraźnego podziału na lewicę i prawicę. Zaczął on zanikać w kręgach niepokornej inteligencji warszawskiej już w latach 60. Esej Leszka Kołakowskiego pt. Jak być liberalno-konserwatywnym socjalistą był wyrazem osobistych doświadczeń i przemyśleń całego tego środowiska. Wówczas na filozofii, socjologii i historii Uniwersytetu Warszawskiego uprawiano właściwie normalną europejską naukę i edukację, czytano zachodnie książki, dyskutowano różne tradycje. To się skończyło w 1968 r. Wtedy ta intelektualna aktywność przeniosła się w nieporównanie mniejszej skali do różnych nieformalnych i jakoś tajnych seminariów domowych, jedno odbywało się np. pod patronatem Stefana Żółkiewskiego. Tam też czytano i dyskutowano nie tylko o socjalizmie czy totalitaryzmie, lecz także o liberalizmie, konserwatyzmie, społeczeństwach demokratycznych, idei wolności. Ten eklektyzm czy też wchłanianie pluralizmu tradycji było naturalną reakcją na monopol ideologiczny władzy.
Jednak list Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego do partii pisany był jeszcze językiem marksistowskim. W latach 60. środowiska rewizjonistyczne były na różnym poziomie świadomości ideologicznej. Znakomicie opisuje to Andrzej Friszke w Anatomii buntu. Starsi rewizjoniści porzucili już mrzonki o autentycznej rewolucji i odnowie systemu przez…