Kościół katolicki w Polsce był i jest ogromny.
Instytucja tak masowa, pełniąca tak liczne funkcje na rozmaitych poziomach i w różnych obszarach życia społecznego, musi być wewnętrznie zróżnicowana. To wynika ze statystyk. Trudno sobie przecież wyobrazić, że wszyscy wierzą „tak samo”, że mają tak samo wrażliwe sumienia, takie same przekonania i preferencje polityczne. Ta prawidłowość dotyczy nawet księży i biskupów.
W czasach PRL było, oczywiście, trochę inaczej: Kościół był zjednoczony wobec komunistycznego systemu i niejako spajany przezeń od zewnątrz. Po roku 1989 zaczął się różnicować, kształtowały się specyficzne style duszpasterskie i wzorce religijności. Należało się tego spodziewać, że – obok katolicyzmu, jaki znamy z „Tygodnika Powszechnego” czy „Więzi” – pojawi się także religijność tradycyjna czy wręcz zamknięta, kurczowo trzymająca się tożsamości narodowej, z poczuciem zagrożenia przez świat zewnętrzny i nowoczesność.
Dowodu pośredniego, ale znaczącego, dostarczają badania „Solidarności” przeprowadzone przez Alaina Touraine’a[1]. Choć były one poświęcone analizie „Solidarności” jako ruchu społecznego, to – ze względu na masowość tego ruchu – portret „Solidarności” można traktować jako szkic do portretu ówczesnego polskiego społeczeństwa (a przynajmniej jego miejskiej części). Otóż badacze obserwowali wówczas – poza wartościami, motywacjami i celami związkowymi, demokratycznymi i niepodległościowymi – także agresywny nacjonalizm i antysemityzm, współwystępujący z wartościami i motywacjami religijnymi. Wprawdzie treści nacjonalistyczne i antysemickie nie dominowały, ale wyraźnie się zaznaczały, tak na poziomie komisji zakładowych i – co za tym idzie – grup badawczych (Touraine spotkał „prawdziwych Polaków” w grupie wrocławskiej), jak i na poziomie kierownictwa…