Panuje powszechna zgoda co do tego, że próba wyjaśnienia żartu rujnuje zabawę. To tak, jakby magik po wykonaniu sztuczki zaczął tłumaczyć wszystkim, że karta, która zmieniła się w zegarek, jest tak naprawdę cały czas przypięta z tyłu na maleńki magnes.
Wiemy, skąd to się wzięło. Nie ma nic bardziej żenującego niż komik, który próbuje rozproszyć krępującą ciszę, tłumacząc niezdarnie, dlaczego to, co właśnie powiedział, jest śmieszne. Z sytuacji tzw. zbombienia można wyjść na dwa sposoby, chociaż tylko na jeden z twarzą. Można obrazić się na publiczność i stwierdzić, że nie śmieje się wyłącznie przez krępujące ją kagańce politycznej poprawności. Można też z pokorą skreślić niewypał z notatek i przejść dalej.
Problem w tym, że zasadę nietłumaczenia dowcipów rozszerza się dzisiaj daleko poza wykonawcę i każda próba analizowania humoru spotyka się z intuicyjnym oporem. To tylko żart, nadinterpretujesz, trochę dystansu. Tak się ucina każdą rozmowę wokół wszystkiego, co zabawne. Przyjmujemy, że to, co nas śmieszy, wynika z czegoś pierwotnego, co mamy w środku. Ale jeśli na przekór tej intuicji zaczniemy obserwować kontekst, w którym rodzą się żarty, ich występowanie i cykl życiowy, to nie da się nie zauważyć, jak głęboko nasze poczucie humoru jest zakorzenione w kulturze, w której dorastamy.
Humor oswojony?
Studia nad humorem z mniejszym lub większym powodzeniem (zwykle z mniejszym) próbują intensywnie uprawiać korporacje marketingowe. Nie bez powodu w momencie kiedy jakiś żart znajdzie się na oficjalnym fanpejdżu marki, jego życie w powszechnej świadomości zostaje uznane za dokonane. Szczególnie…