Wobec pytania, czym jest polskość, staję bezradny. Każda próba odpowiedzi jawi się bowiem jako nieostateczna i możliwa do zakwestionowania. I nie jest to jedynie zwyczajowe zastrzeżenie, które zwykli umieszczać naukowcy na początku swoich rozważań, ale rodzaj źródłowego doświadczenia. Wiem, że każda wizja polskości ma swoich adwersarzy, gotowych w każdej chwili ją zanegować. Gdzie zatem szukać polskości? W którymś z jej obozów? W syntezie zwaśnionych idei? Ta bezradność z jednej strony paraliżuje, z drugiej jednak daje nadzieję. Bo właśnie w tej walce różnych rozumień polskości wydarza się być może to, co w polskości najistotniejsze. Bezradność bierze się przede wszystkim z faktu, że każda krystalizacja pojęcia polskości jest partykularna. Moje prywatne rozumienie polskości zostaje przeciwstawione jakiemuś innemu. Co więcej, moje prywatne rozumienie wchodzi w konflikt z rozumieniem, które wypracowały sobie rozmaite wspólnoty, przyznające się do polskości. Pluralizm poglądów nie jest oczywiście czymś wyjątkowym, ale w odniesieniu do idei, które usiłują dotknąć tego, co wspólnotowe, staje się szczególnie problematyczny. Czy w ogóle jednostka ma prawo do własnego, osobistego rozumienia polskości? Czy nie jest to kategoria społeczna, które zakłada, że to, co prywatne, musi się w jakimś sensie podporządkować temu, co wspólne? W ostateczności to pytanie można wyostrzyć: czy polskość jest czymś prywatnym, czy czymś zbiorowym? Polskość można oczywiście przeżywać indywidualnie, ale jednocześnie przeżywająca ją osoba zanurzona jest…
Dr filozofii, adiunkt w Katedrze Filozofii Uniwersytetu Ekonomicznego. Współzałożyciel Instytutu Myśli Józefa Tischnera. Publikuje w „Ethosie”, „Logosie i Ethosie” oraz „Znaku”. Ostatnio wydał książkę Myślenie dramatyczne (2016).