Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy w Polsce, mówił pan, że „linia zanurzenia” (tytuł powieści Jeana Hatzfelda – przyp. red.) to granica psychologiczna, za którą przestaje się odczuwać różnicę między byciem reporterem a uczestniczeniem w wojnie. Za tą granicą wszystko, co nie jest wojną, wydaje się mniej intensywne, mniej rzeczywiste. Czy zdarzyło się panu przekroczyć linię zanurzenia?
Linia zanurzenia w żeglarstwie oznacza linię oddzielającą zanurzoną część kadłuba statku od części wynurzonej. Przy idealnej nawigacji pozostaje ona zawsze na powierzchni wody. Kiedy zniknie, znaczy to, że statek jest w niebezpieczeństwie. Korespondent w kraju ogarniętym wojną powinien zawsze dostrzegać ową linię. Jeśli straci ją z oczu, grozi mu oderwanie od rzeczywistości, izolację od czytelników i bliskich osób. Doświadczyłem tego w wielu miejscach, w których byłem, podobnie jak niejeden korespondent wojenny. Na szczęście za każdym razem jakieś zdarzenie lub osoba pojawiały się w samą porę, aby przypomnieć mi o istnieniu linii zanurzenia.
Co pomagało panu zachować dystans konieczny do uprawiania pańskiej profesji?Korespondent wojenny zawsze ma więź ze światem zewnętrznym dzięki kontaktowi z redakcją, z rodziną, bliskimi, dzięki wspomnieniom. To wszystko utrzymuje nas trochę poza stanem wojny. Ale najskuteczniejszym sposobem jest po prostu zmiana miejsca pobytu. Ważne, aby od czasu do czasu opuścić kraj ogarnięty wojną i odnowić fizyczną więź z inną rzeczywistością. Nie zawsze jest to łatwe, zwłaszcza, że często znajdujemy się w samym środku działań wojennych, a takie przemieszczanie się tam i z powrotem jest technicznie skomplikowane. Jednak można stwierdzić, że dziennikarze, których wojna zatrzymała zbyt długo w jednym miejscu, jak to było chociażby w Wietnamie, mieli potem problem z ponowną adaptacją do…