Wychodząc dziś na ulicę mogę być pewien jednego: osiem na dziesięć napotkanych osób patrząc na mnie nie czuje do mnie zaufania. Nasza wiara w to, że inni ludzie starają się być pomocni jest czterokrotnie słabsza niż w krajach skandynawskich. Takie obserwacje przyniosły niedawne badania European Social Survey oraz projektu Diagnoza społeczna 2009 . Czy do tego doprowadziło nas liberum veto, zabory, endecja, okupacja i komuna? Być może. Albo tacy zawsze byliśmy i jesteśmy. I nie potrafiła tego zmienić inteligencja lat 90-tych. Polska inteligencja polaryzuje się wzdłuż osi rozpiętej między dwiema formacjami, które można by nazwać „belwederinteligencją” i „googleinteligencją” . Belwederinteligencja realizuje swoje funkcje życiowe w sposób do jakiego przywykliśmy obserwując „profesorskie” obyczaje na państwowych uczelniach, w resortowych i PAN-owskich instytutach badawczych, w gremiach centralnych komisji, naczelnych izb i korporacji. Jej „najbardziej poszukiwaną zaletą jest konformizm. Zamiast faktów i twórców, kocha tytuły i rytuały”. Budując trzecią Rzeczpospolitą, zbyt zajęta albo hiperszlachetną ideowością, albo politykierstwem i lustracyjnym rozdrapywaniem własnych blizn, belwederinteligencja nawet nie wiedziała, że powinna pracować nad wzmacnianiem kapitału społecznego. A nie wiedziała, ponieważ tworzenie kapitału społecznego nie zgadzało się ze sztywną, folwarczną „kulturą organizacyjną” (jakby powiedzieli specjaliści od nauk o zarządzaniu) uczelnianych i PAN-owskich wież z kości słoniowej, w której nasi…