Zostałam zaszczepiona przeciw kosmopolityzmowi w młodym wieku1. Tuż po wybuchu II wojny światowej w ramach kursu historii dla pierwszoroczniaków nasz profesor wyjaśniał, że obserwujemy przedśmiertne drgawki nacjonalizmu. Nacjonalizm miał być fenomenem dziewiętnastowiecznym, romantycznym produktem ubocznym państwa narodowego w jego rozkwicie. Ledwo co przetrwał pierwszą wojnę światową, a druga miała nieuchronnie doprowadzić do jego końca, dając początek porządkowi kosmopolitycznemu, wiernemu uniwersalistycznym ideałom Oświecenia. Ów profesor, znakomity uczony, mówił przekonująco, gdyż dysponował osobistą i naukową wiedzą na ten temat. Jako świeży niemiecki emigrant posiadł intymne, tragiczne doświadczenie tego anachronizmu zwanego nacjonalizmem.
Ale nawet wtedy, jako szesnastolatka, wiedziałam, że coś w tym scenariuszu szwankuje. Przypomniałam sobie z wcześniejszych wykładów tego kursu, że przecież samo Oświecenie zrodziło agresywny nacjonalizm. A jako Żydówka byłam boleśnie świadoma tego, że zajadły patriotyzm niedawno przekształcił kraj oświecony i cywilizowany w barbarzyński i zbrodniczy. Także mój młodzieńczy flirt z trockizmem nie rozwiał wątpliwości co do nadciągającego tryumfu kosmopolityzmu. Byłam gotowa wierzyć w większość założeń doktryny marksistowskiej – w walkę klas, nieuchronność rewolucji, tryumf proletariatu – lecz nie w zanikanie państwa. Przykład Związku Radzieckiego, wzmocniony przez lekturę Michelsa i Pareta, raczej nie budził zaufania do tej szczególnej zasady.
Jeśli nawet snułabym…