Subskrybuj
Dr, filozof i tłumacz, pracuje w Instytucie Kultury UJ. Opublikował m.in. Maska i oko. Rozważania o tragedii, ironii i polityce (2013) oraz Przyszłość pewnej przenośni. Przyczynek do pytania o historię sztuki (2015), za którą otrzymał Nagrodę  im. Barbary Skargi

Co zawdzięczamy religijności ludowej?

Wokół  tematu religijności ludowej narosło bardzo wiele mitów, sporo jest przekłamań lub nieporozumień. Bardzo często religijność ludowa traktowana jest albo  jako synonim zacofania, albo – przeciwnie – jako ostoja wiary prawdziwej i nieskażonej złymi wpływami „nowoczesności”. Chcąc przeciwstawić się tym skrajnym tendencjom, zapytaliśmy naszych Autorów, co osobiście zawdzięczają religijności ludowej.

Piotr Graczyk

Katechizm Kościoła Katolickiego poucza, że religijność ludowa jest to „cześć oddawana relikwiom, nawiedzanie sanktuariów, pielgrzymki, procesje, droga krzyżowa, tańce religijne, różaniec, medaliki”. Moje doświadczenia z tak rozumianą religijnością ludową są znikome i nie zawdzięczam jej niczego szczególnego. Ale Katechizm głosi też, że religijność ludowa w szerszym sensie to tyle co „zdrowy zmysł ludu” i „ewangeliczny instynkt”; inaczej mówiąc, jest to coś w rodzaju religijnego sensus communis łączącego prawdy wiary z konkretnymi formami życia danej społeczności, splatającego akty religijne z codziennością, a życie codzienne nasycającego wiarą. Pierwsza myśl, jaka nasuwa się przy tego rodzaju opisie, wiąże się z jego przednowoczesnym charakterem: pasuje on do społeczności żyjących w ustalonym kręgu spraw, do wspólnot funkcjonujących w ramach cyklu przypominającego cykl przyrodniczy, następowanie po sobie pór roku. Czy takie szczęśliwe i harmonijne społeczności kiedykolwiek istniały, czy dyskurs o „zdrowym zmyśle ludu” nie był tylko ideologiczną kołysanką mająca utrzymać niziny społeczne w ryzach? Mniejsza z tym – w czasach nowoczesnych, przy ciągle zmieniających się w skali całego globu sposobach produkcji i komunikacji, bezustannych przetasowaniach społecznych i przemianach form życia, samo wyobrażenie takiej wspólnotowej harmonii sacrum i profanumwydaje się nieadekwatne. Czegoś takiego dzisiaj nie ma. Co więcej, wyobrażenie takie wydaje się nie tylko anachroniczne ale również mało chrześcijańskie – jak gdyby wywodziło się z czasów pogańskich. Sam „instynkt ewangeliczny” wydaje się bowiem stać w sprzeczności ze „zdrowym zmysłem ludu” – Ewangelie każą bezustannie czuwać, a więc oczekiwać nadejścia nieoczekiwanego; Królestwo Boże jest jak złodziej w nocy, a gdy nadchodzi, jawnogrzesznice i celnicy okazują się bliżsi Bogu od tych, których ogół uznaje za porządnych ludzi (i którzy sami się za takich uważają). Wzorców zachowania nie mogę więc czerpać po prostu z tego co robią „wszyscy”, miarą nie może być to co wciąż cyklicznie się powtarza. Między Ewangelią a życiem społecznym jest jakiś cierń czy oścień, który nie pozwala im się ze sobą raz na zawsze pogodzić: te stosunki muszą pozostać napięte, niewygodne: nie mogę nie chcieć nasycenia codzienności Ewangelią, ale nie mogę też przeżyć życia nie śpiąc. Muszę chcieć dzielić wiarę z innymi, pragnę przekazać ją dzieciom – ale muszę tez pamiętać, że Krzyż to ostatecznie odosobnienie, wyniesienie w górę a zarazem w samotność; nie można zrozumieć Krzyża trzymając się za ręce i wesoło śpiewając. Tam gdzie dwoje lub troje (Simone Weil podkreśla, że nie więcej) zbiera się w Jego imię, tam zbierają się dwie lub trzy samotności, co dla samotności innej mają szacunek i nie chcą jej gwałcić. A jednak ten punkt Katechizmu nie wydaje mi się po prostu anachroniczny czy pozbawiony sensu. Pamiętam doświadczenie z czasów, zanim przyjąłem chrzest w Kościele Katolickim. Wychowany zostałem w rodzinie ateistycznej, w dzieciństwie nie miałem kontaktów z Kościołem. Jednak w liceum, gdy byłem w harcerstwie, żeby podczas obozów nie nudzić się w niedziele, zacząłem razem ze wszystkimi chodzić do wiejskich kościołów na msze. Zwykle jeździliśmy na ziemie zachodnie, które wtedy, w latach osiemdziesiątych, przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Poniemieckie wsie podupadały, brak zakorzenienia miejscowej ludności w zastanym krajobrazie kulturowym był wręcz namacalny. Ale inaczej było w kościołach – tam ludzie najwyraźniej czuli się u siebie, stawali się wspólnotą. Największe wrażenie podczas mszy czynił na mnie wtedy gest przekazania znaku pokoju. W tym momencie ludzie zwracali się ku sobie inaczej niż zwykle. Wyglądało to tak jakby nagle podnosili na siebie oczy, jakby nagle się nawzajem dostrzegali. Nie jako tych czy innych sąsiadów, z którymi wiążą ich takie albo inne interesy, ale jako bliźnich, którym się należy uwaga i szacunek. Można by pomyśleć, że ta chwila wyrywała ich z kręgu codziennego życia, w którym do innych – o ile nie należą do najbliższej rodziny – zwracamy się zawsze po to, żeby coś uzyskać. W tym momencie mszy zwrócenie się do innych było – wymuszonym przez liturgię – gestem spojrzenia na bliźniego jako na bliźniego, ćwiczeniem z bezinteresowności spojrzenia. Ten gest niekoniecznie miał jakieś konsekwencje w życiu poza budynkiem kościoła – ale jako znak wydawał…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zabobon czy źródło wiary? O religijności ludowej